- Dlaczego nienawidzę Sienkiewicza
Odpowiedź jest prosta - bo stał się symbolem pewnej generacji ludzi dorastających w komunistycznej Polsce, którzy - mówiąc intelektualnie - próbowali zawłaszczyć sobie jedyną i słuszną wersję polskiej historii.
Tłumacząc zaś obrazowo: Trylogia jest dla mnie znakiem rozpoznawczym zarówno ludzi związanych z komuną, jak i z nią walczących - których połączyła wspólna, internacjonalna można by rzec - niechęć do mojej wersji historii pierwszej Rzeczypospolitej.
Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90., kiedy chodziłem po różnych wydawnictwach usiłując wydać "Wilcze Gniazdo" i napotykałem na mur niechęci. Wszyscy bowiem wydawcy jak jeden mąż twierdzili, że moja powieść nie ma szans na zaistnienie, bo przecież istniał już wielki, niepodważalny, jaśniejący jak gwiazda na firnamencie Henryk S. Bo przecież zbrodnią i świętokradztwem byłoby opublikować coś, co podważa wizję takiego Autorytetu!
Piszę to wszystko już po lekturze najnowszej książki Rafała Ziemkiewicza - "W skrócie", w której przedstawia on dość szczególną wizję polskiej sceny politycznej, medialnej i kulturalnej. Oto usiłuje rządzić nią Salon - środowisko twórców, dziennikarzy i polityków skupionych wokół Gazety Wyborczej, którzy bez przerwy odwołują się do tak zwanych Autorytetów, mówiących, że zacytuję Ziemkiewicza wprost: "narodowi, co ma myśleć, czego słuchać, z czego rechotać, przed kim się ukorzyć" itd. Takim właśnie Autorytetem był jednak w czasach, kiedy miałem kłopoty z Wydawcami Henryk Sienkiewicz i do niego bez przerwy się odwoływali wydawcy w rozmowach ze mną.
Sytuacja, której byłem wówczas świadkiem pokazuje dobitnie, że rzekomy, wspominany przez Ziemkiewicza Salon istnieje nie tylko u boku Gazety Wyborczej, ale także na prawicy i w tej części środowisk postsolidarnościowych, które z "Wyborczą" nie mają nic wspólnego. Tak naprawdę mam wrażenie, że atakowany zajadle przez autora "W skrócie" Adam Michnik i jego środowisko, nie za bardzo różni się od grup związanych ze "Wprostem", "Dziennikiem" czy "Rzeczypospolitą", za czasów gdy współpracował z nią rzeczony Ziemikiewicz. Wszystko to są po prostu sitwy popierające tylko "swoich" i zajadle atakujące przeciwników. Tym zas co ich łączy - jest fakt, że jedni i drudzy są unurzani aż po szyję w rozliczeniach i układach z czasów komuny. I nic innego nie są w stanie zaoferować Polsce i społeczeństwu.
Dowód na prawdziwość moich słów? Jest dość zaskakujący. Otóż nie będąc wcale człowiekiem lewicowych poglądów, gardząc wszelakimi układami, sitwami i salonami (chętnie bym do któregoś wjechał konno, jak Wieniawa do Adrii), spotkałem się jednak kilkakrotnie z życzliwym przyjęciem owej znienawidzonej przez Ziemkiewicza "Gazety Wyborczej", która do czasu premiery "Michnikowszczyzny" zamieszczała nie tylko recenzje, ale nawet wywiady ze mną przy okazji pojawiania się "Galeonów Wojny czy "Diabła Łańcuckiego". Nie muszę dodawać , że żadne z prawicowych mediów, jak "Wprost" czy "Rzeczpospolita" nie poświęciło mi bodaj ćwierci szpalty, a moje książki wysyłane do nich do recenzji giną niby w otchłani - jak polskie zboże w XVII-wiecznym Chłańsku.
Dziś rzecz oczywista pokazać mogę wszystkim mediom, czarnym, białym, różowym czy fioletowym gest JM Kozakiewicza. Jak nie chcą, to mogą wcale o mnie nie pisać, nie sądzę aby w jakiekolwiek sposób podnieśli mi nakład. Albo sprawili, iż moje książki przestaną się sprzedawać, bo moją pozycję zawdzięczam tylko i wyłącznie Czytelnikom. Milczenie mediów może być mi nawet na rękę, bo chroni mnie od pokusy, by mówić poprawnie politycznie komunałki (w nadziei, że nie podpadnę nikomu) zamiast gorzkiej i brutalnej prawdy.
Bo i co mogą mi w takiej sytuacji zrobić? Zabrać dotację na książkę? Zabrać stypendia? Jakie stypendia? Jakie dotacje?! Ja przecież żyję z wydawania książek!
Wracając jednak do Sienkiewicza i moich perypetii z wydawaniem "Wilczego Gniazda" w latach 90., to rzecz ciekawa, ale niechęć do mojej twórczości i powoływanie się na Autorytet Sienkiewicza połączyło przeciwko mnie zarówno prawicowych, jak lewicowych wydawców. Podobnie przyjmowano mnie w post-solidarnościowej Supernowej, jak i w Iskrach i innych wydawnictwach, gdzie stołki i władzę dzierżyli jeszcze dawni towarzysze lub ludzie dyspozycyjni wobec partii.
Sienkiewicz w moim mniemaniu jest zatem znakiem starej, wymierającej powoli elity kulturalnej Polski, która żyje jedynie obrachunkami z komuną i nie jest w stanie nic ciekawego przekazać młodym pokoleniom Polaków. Owszem zrobi kolejny Katyń, albo inną literature/film/publikację historyczno-martyrologiczną, ale nie położy w ten sposób ani cegiełki pod odbudowę dawnej Rzeczypospolitej. Generacja owa (a raczej pewna jej część, bo wśród pokoleń, o których piszę jest bardzo wiele rozsądnych ludzi) cytuje Sienkiewcza na wyrywki, jak pacierz, albo czerwoną książeczkę tow. Stalina. Czyni to zarówno lewicujący Andrzej Sapkowski, jak i prawicujący Marcin Wolski. Post-solidarnościowy Mirosław Kowalski z Supernowej, jak i towarzysz Wiesław Uchański z Iskier. Ubecy, przypucowujący się jako polscy patrioci, jak i autentyczni działacze solidarnościowego podziemia.
Dlatego właśnie nie lubię Sienkiewicza, od którego oczywiście zaczynała się moja przygoda z XVII-wiekiem. To znak, symbol tego co niezmienne, jak niewzruszony miał być w Polsce komunizm. Poza powyższymi zadecydowały o tym także względy historyczne. Otóż kiedy zacząłem studiować historię, zabrałem się za czytanie źródeł. To znaczy listów, pamiętników, dawnych kronik i diariuszy z czasów powstania Chmielnickiego. I wtedy zobaczyłem, że historia przedstawiona tak jednostronnie w "Ogniem i Mieczem" ma jednak drugą stronę medalu.
I powiedziałem sobie: nigdy więcej sienkiewiczowszczyzny.
Czemu jestem wierny do dziś.
- 15 sierpnia roku pamiętnego
Jutro 15 sierpnia, dzień wielkiego zwycięstwa z 1920 roku - tym razem nad Moskalami przybranymi dla odmiany w budionnówki i kolejny raz niosącymi ku Europie nowy, szcześliwy ustrój polityczny, którego zgniły zachód oczywiście nie rozumiał. Więc trzeba było zaprowadzać go pod bagnetami i lufami karabinów.
Ja jak zwykle świętuję Bitwę Warszawską na defiladzie, która wyjdzie o jakiejś 11 z Placu Teatralnego. Jadę z 1 pułkiem szwoleżerów napoleońskich (tych spod Somosierry), na małym, karym koniku zwanym Cnotka (wbrew nazwie to kobyła, co niejednego wałacha cnoty pozbawiła), o ile oczywiście Dariusz Senator nie dowiezie mi ze stajni w Radzyminie zamiast niej jakiegoś głupiego folbluta.
W tym roku nie wiem dlaczego najpierw będzie szła piechota, a dopiero po niej kawaleria (ponoć dlatego, że piechurzy nie chcą chodzić po końskich bobkach :)). My szwoleżerowie rozpoczynamy w parku Saskim, gdzie też rano, około godziny 9 obejrzeć można będzie jak siodłamy konie i troczymy na sposób napoleoński.
Zapraszam.
Bądźmy lepszymi patriotami niż Rafał Ziemkiewicz, który pisze we "W skrócie", że dla Rzeczypospolitej nie poświęciłby nawet drugiego śniadania.
Ale o Ziemkiewiczu napiszę więcej, jak już szczęśliwie wrócę z defilady.
- Jadę na Toporiadę
Od najbliższego czwartku (czyli 6 sierpnia) będę na Toporiadzie, superkonwencie, który odbywa się pod namiotami w miejscowości Fryszerka pod Tomaszowem Mazowieckim (po szczegóły odsyłam na stronę: www.topory.org).
Toporiada jest bez wątpienia konwentem wyjątkowym. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to pierwszy konwent, na który w zeszłym roku WJECHAŁEM KONNO, tak to nie przejęzyczenie. Wszystko dlatego, że Toporiada odbywa się na łonie natury i zwykle mam na niej punkt programu pt. Koń w RPG, prelekcja z udziałem żywego modelu. Tak więc biorę sobie wierzchowca z pobliskiej stajni i przyjeżdżam na nim na spotkanie.
Najważniejsze zaś, iż na Toporiadzie, bardzo chętnie spotykam się z Czytelnikami przy kuflu pienistego napoju, którego na owym konwencie nie brakuje (janczarzy Śląskiego Klubu Fantastyki mogą już dopisać mi kolejny krzyżyk na swojej czarnej liście za rozpijanie polskiego fandomu).
Na tegorocznej Toporiadzie będę miał oczywiście w piątek spotkanie autorskie i pokaz konny - przy czym w tym roku organizatoirzy obiecali mi konia kawaleryskiego, przywyczajonego do szabli i kopii, zabieram zatem cały rząd koński, kulbakę, czaprak i ogłowie nabijane kamieniami. Wszystko zależy tak naprawdę od konia - jeśli okaże się przyzwyczajony do walki, to może uda mi się w piątek pokazać jakąś małą scenke z walki konnej. Jeśli nie, to po prostu opowiem o dawnej jeździe konnej. Tak czy owak na konwent Toporiada zapraszam.
|