- Galeony Wojny otrzymały nagrodę im. Teligi
Miło mi donieść, że moja marynistyczna powieść o bataliach polskiej floty w XVII wieku otrzymała nagrodę im. Leonida Teligi przyznawaną przez miesięcznik "Żagle". Niezmiernie cieszy mnie, że książka będąca dziełem urodzonego kawalerzysty i zaledwie skromnego teoretyka dawnej żeglugi została doceniona przez środowisko żeglarzy. Oznacza to, że chyba jednak udało mi się odtworzyć nie tylko realia XVII-wiecznych podróży morskich, ale i klimat dawnych okrętów.
A mi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko kontynuować tematy marynistyczne i zaraz po zakończeniu "Samozwańca" powrócić znowu do wantów i brasów, do głębokich wód i uskrzydlonych okrętów. Zapowiadam: będę kontynuował tematykę marynistyczną i być może "Galeony Wojny" doczekają się kolejnych tomów...
Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się 8 sierpnia w Gdyni, w restauracji w centrum handlowym GEMINI (przy Skwerze Kościuszki) o godzinie 20.00. Zapraszam.
- Jak się zaczyna II tom Samozwańca
A więc dla wszystkich, którzy skończyli czytać I tom, wrzucam gorący jeszcze początek II tomu powieści:
Rozdział VIII Nowogród
Basmanow zamyka się w Nowogrodzie. Narada wojenna. Dymitr postanawia oblężenie. Zaproszenie w gościnę. Gość w dom Bóg w dom. A nie w porę gorszy od Tatarzyna. W potrzasku.
Die 20 novembris nowego stylu, 10 starego stylu
Anno Domini 1604
Roku 7113 od stworzenia świata
Nowogród na Siewierszczyźnie, południe
Carski wojewoda i ulubieniec - Piotr Fiodorowicz Basmanow zamknął się w Nowogrodzie Siewierskim z czterema tysiącami strzelców i dworian, spaliwszy przedmieścia i wypędziwszy precz posadzkich ludzi. Siedział za drewnianymi murami i wałami niczym borsuk w norze, wystawiwszy lufy dział, stąd też nietrudno było się domyślać, że bynajmniej nie powita carewicza chlebem i solą, a zamiast bić pokłony, wyśle ku jego wojskom ołowianych posłańców krwawej wojny.
Buczyński i Dworycki łudzili się jeszcze, że znów, jak w kiepskiej komedii powtórzą się zdarzenia z Morawska i Czernihowa. I ledwie wojska Samozwańca wyjdą z lasów pod miastem, a zaraz lud rzuci się na swych panów, ci zaś będą mogli mówić o sobie jako o wybrańcach Losu i Fortuny, jeśli czerń jedynie rzuci ich związanych do nóg Dymitra, a nie każe tańcować na stryczkach i palach.
Mylili się. Basmanow okazał się twardy i srogi jak bies. Wypędził precz pospólstwo, a kilku dymitriaszkowym krzykaczom, którzy wieszczyli powrót ukochanego, prawosławnego słoneczka carewicza rozświetlającego ponurą ruską ziemię, pozwolił zaznajomić się z kompanią wron i kawek na stryczkach szubienicy. I tym samym pokazał aż nadto wyraźnie, że póki trzyma władzę w grodzie żelazną pięścią i kułakiem, w Nowogrodzie panować będą carskie mroki.
Dymitr rzecz oczywista wysłał doń poselstwo z białą flagą - Mateusza Domaradzkiego i Stanisława Borszę, do których dołączył Dydyński z pocztem, dla ochrony przed czernią. Basmanow - szczupły, śniady, czarnobrody przyjął ich na wałach, odziany w aksamitną ferezję i szamerowany żupan. Złudzenia co do jego dobrej woli, spadły z Lachów równie szybko, co czapki z głów podgolonych mieczem. Piotr Fiodorowicz bowiem okazał się wierny i nieugięty jak kuta stal, kiedy stał przed posłami trzymając w ręku tlący się lont od armaty. Mowę miał krótką, a w dodatku podaną prostymi, żołnierskimi słowy zrozumiałymi dla każdego Lacha, Kozaka, czy Moskala.
- Bladin syny! – zakrzyknął na propozycję poddania grodu. – Po nasze diengi przyjechaliście tu z tym worem! Prawdziwy car jest w Moskwie, a Łżedymitr na pal zostanie wbity! Czekajcie Lachy, będziecie wy jeszcze zielem armatnim bierzmowani, a szablą po łbach weźmiecie na ostatek!
Nic zatem dziwnego, że po takich słowach deputaci wracali spod wałów biegnąc i potykając się w błocie, niepewni czy Bosman – jak zwano w taborze polskim Basmanowa – nie pośle za nimi czasem ognistego posłańca.
Nie posłał – kawalerska cześć mu za to.
Dymitr przyjął wieść spokojnie pokazując obecnym łaskawą, carską, a raczej polską naturę. Nie tylko bowiem oszczędził dworowi dłuższej tyrady o swych jedynowładnych prawach do Siewierszczyzny i Nowogrodu. Nie tylko nie wzywał na świadków wszystkich brodatych przodków począwszy od Ruryka; ale nawet nie rzucał gromów ma głowę upartego Basmanowa.
- Rozłożyć obóz nad Desną, ćwierć mili od zamku! – rozkazał po prostu. – Otoczyć Nowogród strażami, niechaj nawet mysz się nie prześliźnie, a ptak nie przeleci! Podciągnąć puszki pod wały, zatoczyć i oszańcować. A potem pogadamy z wojewodą trochę głośniejszymi słowy!
Być może Dymitr nie był wściekły, bo wspominał zasługi rodu Basmanowów, z którego Fiodor, ojciec teraźniejszego Piotra był zaufanym i powiernikiem jego ojca– cara Iwana Groźnego. Czy liczył na to, że wojewoda zmięknie, a potem będzie służył Dymitrowi wiernie jak jego batiuszka? Kto to wie, któż zrozumie duszę Moskala, choćby nawet wychowanego w Koronie Polskiej.
Na razie po chorągwiach i rotach krążyła wieść rozpowiadana z lubością przez pana Świrskiego – iż ojca teraźniejszego wojewody nowogrodzkiego łączyły z ojczulkiem carem Iwanem podejrzanie bliskie, można by rzec miłosne więzi, o których wspominał choćby Andriej Kurbski, moskiewski zbieg do Rzeczypospolitej w listach. Jego słowa powtarzał pan Herakliusz w tajemnicy, kładąc palec na ustach dla większej powagi, więc oczywiście wkrótce wszyscy Polacy w wojsku Dymitra wiedzieli już, że car obcował z Fiodorem po turecku. Świrski zaś ubarwiał rzecz tak licznymi i pikantnymi szczegółami, że zdawać by się mogło, iż sam był świadkiem miłosnych igraszek Iwana. Rozpowiadał wręcz kiedy, gdzie w jaki sposób i ma się rozumieć ile razy. A potem dodawał, że gdy wielki książę moskiewski znudził się kochankiem, w okrutny sposób rozprawił się z nim, jak i jego ojcem – Aleksym. Jak bowiem powiadały dawne ruskie kroniki Fiodor Basmanow nie został oddany katu tylko dlatego, iż zgodził się ściąć głowę własnemu batiuszce. Co tak rozbawiło cara, że pozwolił mu dokonać żywota na zesłaniu do Białooziera na dalekiej północy.
Niezależnie wszakże od tego, jak tam w łożnicy carskiej było; dupczył Iwan Fiodora Basmanowa albo i nie dupczył, dość, że jego syn (pomny być może na los ojca) bynajmniej nie nadstawiał swego zadku Lachom. Co też zjednało mu szacunek między Polakami. Oto wreszcie spotkali Moskala, który nie padał na kolana, ani nie zdradził cara. Takie czyny warte były poważania.
A Dymitr? Cóż Dymitr. Wypłacił następnego dnia zaciężnym polskim rotom kolejną ćwierć – po 15 złotych na koń z pieniędzy, które zabrał z zamku w Czernihowie. A potem zwołał radę wojskową.
|