Samozwaniec tom 1 - już w sprzedaży

Już od dzisiaj, 1 lipca Anno Domini 2009 dostępny jest w Empikach pierwszy tom cyklu "Samozwaniec" opowiadającego o największej awanturniczej wyprawie Polaków w XVII wieku. Wyprawie po koronę carów dla Dymitra Iwanowicza, domniemanego syna wielkiego księcia Moskwy Iwana Groźnego. Powieść o czasach, kiedy Polacy zajęli Moskwę.
Zapraszam zatem do salonów Empik, do zakupu książki i do lektury. Miło mi będzie, kiedy szanowni Czytelnicy podzielą się ze mną wrażeniami na łamach mojego pamiętnika, czyli mówić współczesnym językiem - bloga.
Od 6 lipca "Samozwaniec" dostępny będzie także we wszystkich księgarniach na terenie naszego kraju.

dodano: 2009-06-30 23:06:59
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (29985) >>
Partia rotmistrza Szymańskiego

Samozwaniec tuż tuż, a ja zgodnie z obietnicą wrzucam kawałek mikropowieści, która ukaże się już niebawem w antologii Fabryki Słów "Bajki dla dorosłych". Mam nadzieję, że mnie wydawca nie skróci o głowę. Opowiadanie rozgrywa się w wieku... No cóż, sami zgadnijcie drodzy Czytelnicy.

1. Rozdziobią nas chłopi i wrony
Trupy na polskim stosie ofiarnym, w jaki zmieniła się łąka pod Małogoszczem, nad wierną rzeką Łosośną, zdążyły nie tylko ostygnąć, ale i zesztywnieć. Leżały ciche i spokojne, pokryte krwawymi nacięciami moskiewskich pałaszy; naznaczone plamkami czerwieni w miejscach, gdzie kula ugodziła ciało i szerokimi rozgwiazdami tam, gdzie znalazła wyjście. Splecione w wieczystym braterstwie broni. Wiekuiście znużone bojem, jaki poprzedniego dnia stoczyły w miasteczku partie Langiewicza i Jeziorańskiego z wojskami Czengierego, Gołubowa oraz arcyzdrajcy i moskiewskiego bękarta Dobrowolskiego. Krwawy plon bitwy, w której moralna chwała przypadła jak zwykle powstańcom, doczesne zaś zdobycze, w postaci Małogoszcza i taborów polskich – carskim służalcom.
Trup pana Szymańskiego okazał się znacznie bardziej żywotny niż pozostałe. Miał więcej szczęścia od kompanów z partii, a może też po prostu przeoczyli go Moskale dobijający rannych bagnetami; przetrząsający torby i kieszenie w poszukiwaniu złotych imperiałów, gorzałki, machorki. W każdym bądź razie ich ciosy nie były śmiertelne, bo nagle poruszył się pod stosem ciał, jęknął, a potem otworzył oczy, dając wszem i wobec świadectwo, że choć skłuty i poraniony jak Chrystus Narodów, to jednak był w stanie zejść z krzyża o własnych siłach.
Najpierw w oczy uderzyła go jasność. Nie były to jednak fajerwerki, jakie towarzyszyły otwarciu bram raju, ale łuna Małogoszcza. Moskale mszcząc się bowiem za długi opór powstańców podpalili miasteczko, oczywiście po uprzednim splądrowaniu.
Szymański czuł zimny, przeszywający ból w lewym, przebitym kulą na wylot, pokrytym zakrzepłą krwią przedramieniu. W prawym boku, tam, gdzie pod stosami ciał dosięgnął go ostry grot moskiewskiego bagnetu, niczym cierń dokuczała mu paskudna rana.
Nigdy jeszcze życie nie wydawało się tak bolesne.
Leżał na zakrwawionym śniegu, zdeptanym tysiącami kopyt i nóg, zmienionym w błotniste, zamarzające bajoro. Szymański zesztywniał i przemarzł na sopel. Nie miał kożuszka, buty także gdzieś poszły – pewnie na nogach Moskali, albo zacnych chrześcijan, ściągających na pobojowiska jak kruki na żer. Lewą nogę przygniatał łeb wiernego kasztana, który padł od kartacza, kiedy wraz z partią Jaszowskiego szli do beznadziejnej szarży.
Poruszył prawą ręką, podparł się, aby wypełznąć spod zwłok towarzyszy. Brzuch przygniatało mu martwe ciało Grossterna – Żyda spod Kalisza, za którego głowę wyznaczono nagrodę tysiąca rubli, na nogach zaś czuł ucisk zwłok młodego Jamesa de Gordon – Anglika, który przybył wraz z partią małopolską, bić się za wolność waszą i naszą, tudzież oswobodzenie Królestwa Polskiego od najezdniczej, azjatyckiej dziczy zwanej Moskalami. Dalej leżeli kolejni – martwi, stratowani, powstańcy i ochotnicy, Włosi, Niemcy, Francuzi, nie licząc oczywiście Polaków z rodzinnej partii Jeziorańskiego, zebranej w Jeruzalem pod Rawą.
Nie wyglądało to dobrze. Nie wyglądało zachęcająco. Podobnie, jak cała przyszłość Królestwa Polskiego i Rządu Narodowego, któremu władza wymykała się niczym lejce z rąk woźnicy pijanego samą wolnością, bo na gorzałkę nie starczało już pieniędzy.
Jęknął i prawie zawył, wyczołgując się spod trupów. Koszula, którą mu zostawiono skostniała jak żelazny kirys, przymarzła do zwłok towarzyszy. Poszarpał rany , oddzierając ją od ciała, zostawił skrawki płótna na krwawych czamarach powstańców. Obrócił się na brzuch i, niemal szlochając z bólu i zimna, brnął w zamarzniętym po wierzchu błocku, wydostał się na śnieg, który mokrym chłodem owionął rany i skaleczenia. Bok, przebity bagnetem rwał jak rozdzierany hakiem rozpalonym do czerwoności. Szymańskiego skręcał ból, dokuczało pragnienie. Lewą ręką nie mógł ruszać, prawą zaczerpnął garść śniegu, przytknął do warg i począł jeść chciwie. Ulżyło….
Nie mógł wstać. Pełznął zatem przed siebie, pozostawiając w śniegu szeroką, zakrwawioną koleinę, byle dalej od stosu trupów; wiedział, że jeśli bitwa została przegrana, a na to niestety się zanosiło, Moskale wrócą niechybnie by pogrzebać ciała. Z nimi żartów nie było. Szymański wątpił, by chcieli wlec go do aresztu czy na komisję śledczą. W tym stanie i takim stroju nie wyglądał na paliaczyszkę-buntowszczyka, noszącego w zanadrzu podręcznik do robienia spisków; prędzej na stracha na wróble. Powstaniec nie wątpił, że każdy Doniec czy Moskal, dobije go kolbą, ciosem łaski; zwłaszcza, kiedy przekona się, iż przy boku jeńca nie ma kabzy wypchanej grosiwem. Zatroszczyli się bowiem o nią wcześniej żołdacy od Czengierego i Dobrowolskiego, zabierając powstańcowi nawet woreczek z pięcioma półimperiałami zawieszony na szyi razem z kartką, na której wypisano prośbę, komu zanieść wiadomość w razie jego śmierci.
To tyle ze wszystkich nowin.
Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy tryknął głową o dębczaka; młode drzewko wyrosłe na miedzy, szeleszczące brązowymi, wyschniętymi liśćmi, które jeszcze nie osypały się z gałęzi, sterczące samotnie wsród wśród stratowanych zagonów. Ujrzawszy tę dziadowską podporę, Szymański zacisnął wargi, podkurczył nogi, podniósł się najpierw na jedno; potem na drugie kolano.
Jakoś to poszło, jakoś to było - w każdym razie na pewno o wiele lepiej, niż próba wzniecenia insurekcji w rawskim powiecie. Wreszcie stał na dygocących nogach, czując lodowate szpile wbijające się w bose stopu stopy. Walcząc z zimnym, szarpiącym bólem, ruszył przed siebie, powłócząc nogami jak błędny, byle dalej, dalej i dalej… Zgubić się w śnieżnej bieli. Jego kroki czerniały na śniegu jak zwiędłe liście.
Źle zrobił; lepiej było zostać przy stosie trupów. Ledwie przemierzył dębinę, a za nią polanę zarośniętą kolczastą tarniną, znienacka rozszczekały się przed nim wiejskie kundle, a w nozdrza uderzył zapach dymu. Wieś… Gdy patrzył na szare strzechy chałup pokryte grubymi płatami mokrego, osuwającego się w dół śniegu, wydała mu się oazą spokoju. Tu mógł otrzymać ratunek i pomoc. A jednak, kiedy ruszył przed sobie, skostniały jak całun śmierci, pokrwawiony i umorusany w błocie, przekonał się, jak bardzo się mylił.
Dostrzeżono go od razu. Zobaczył pastucha, bosego jak on sam, lecz przecież przyodzianego w czapę i zgrzebną, samodziałową kamizelę, za którą Szymański oddałby w tej chwili własną duszę. Ujrzał chłopów w sukmanach i kożuchach, nadciągających z pól, wypadających z chałup. Nie minęło wiele chwil, gdy spory tłum zgromadził się przed rannym powstańcem.
- Ludzie! – rzekł głucho Szymański. – Pomocy… Zmiłowania proszę.
Niski, pleczysty chłop w watowanej siermiędze ruszył w jego stronę. Lecz drugi – wąsaty, z pulchną, ogorzałą gębą - chwycił go za ramię, powstrzymał.
- Ej, ty tam – zagadnął, niskim, charczącym głosem – coś ty za jeden? Przybłęda?
- Widzicie, że jestem ranny…
- A kaj cię tak poranili?
- A to nie wiecie? W bitwie…
Tłum cofnął się jak od zadżumionego. Zafalował, zaszemrał. Niski, siwawy chłopek przeżegnał się, jakby zobaczył diabła.
- W bitwie? Toś ty powstaniec?
- Z partii rawskiej… Ratujcie…
- No, bracie – warknął gruby, wielki jak góra chłop w dostatnim kożuchu, z blachą na piersi. – Skoro sam powiadasz, żeś buntownik i żeś w bitwie był, to my cię w areszt zajmujemy.
Szymańskiemu zdawało się, że się przesłyszał.
- W areszt? Mnie? A za co?
- Do miasta musimy cię odstawić. Do Kielc. Pójdź z nami, ja tu sołtys.
- Jak to? Co z was za Polacy…
- O, znalazł się jesce jeden pan Polak. Słysałeś Sczypon? – wyseplenił drągal o niskim czole i czarnych, prawie schodzących się brwiach. Jego rozwarte usta demonstrowały liczne braki w uzębieniu, a zwłaszcza poczerniałe pieńki po przednich zębach, wybitych po to, by nie wzięto go w sołdaty.
- Ty paniczyk, nie skakaj. Nu, chłopy, trza go wiązać.
- Wy mnie wydać chcecie Moskalom? – jęknął Szymański. – Przecie ja za waszą wolność się biłem…
Dziwne, lecz słowa powstańca wcale nie zabrzmiały niczym dzwon budzący z wiekuistego snu sumienie polskiego ludu.
Zamiast tego chłopi wyszczerzyli czarne i połamane zęby.
- Uuuu, cha, cha! – zagrzmiał sołtys. - Takie gadki to my już słyszeli. Ty se gadaj, a tu jest prikaz. Chodź bracie z dobrawoli!
- Kajżeś buty zgubił, panie wolność?
- Buntownik! Powstaniec! Miatieżnik! – rozkrzyczeli się pozostali chłopi.
- Nagroda za takiego!
- Tfu, zaraza boska z nimi!
- Przez tych Poloków Kocmyrzów Duny spaliły – wysepleniła baba, stara i zmurszała jak sosna - ludzi wegnali! Nahajami skórę skroili!
- Antek, Janko! – grzmiał sołtys. – Chybiajcie z powrozami! W łyka brać!
Chłopi nie żartowali. Dwóch wsiowych chłystków wyskoczyło z gromady ze sznurami. Za nimi podszedł kędzierzawy chłopina w baraniej burce, potem dwóch parobków z widłami, dalej zaś sołtys i reszta przyszłych obywateli Rzeczpospolitej Trojga Narodów, której próba odbudowy kosztowała pana Szymańskiego ból, pot i krwawe łzy. A na dodatek konia, szablę, belgijski sztucer i kulbakę, nie mówiąc już o nadszarpniętej dumie.
Obywatele włościanie otoczyli go kręgiem nieprzyjaznych, wąsatych gąb, pierścieniem nieświeżych, przesyconych gorzałką oddechów, koliskiem przekrwionych oczu i kędzierzawych łbów.
- Brać go!
- Iii, takiego ta wiązać – rzekł ktoś z tłumu. – Powroza szkoda. Toć toto do figury w Borku nie dojedzie i uświrknie.
- Zamrze i bez postronka.
- A puścić toto – rzekł niski, czarniawy chłopina, który w tych okolicznościach zdał się Szymańskiemu; pewnie największym patriota patriotą w całej wiosce. - Niech ta lezie, skąd przyszło.
- Wieś nam Moskale spalą! – ryknął sołtys. - Przyjdą tu Duny po śladach. Nie wy będziecie pod nahajką rzycią świecić. Zwijajcie się! Polak jest – to trza go brać!
Chłopi skoczyli na rannego jak wilcy. Pierwszy złapał za zakrwawioną, wiszącą bezwładnie lewą rękę. Drugi zamierzył się kułakiem. Znikąd nie było wyjścia, ratunku, ani pomocy.
- Ludzkości, rodzie Kaina! – jęknął powstaniec. – W wnętrznościach mogił szlocha lud i szlocha serce krwawe…
I nagle, dosłownie z jasnego nieba uderzył grom.
Zanim Szymański zorientował się, że miał on postać kuli z niemieckiego rewolweru Adamsa, w gromadę chłopów wpadł kary koń dźwigający pannę ubraną po męsku, z rozwianym warkoczem wymykającym się spod konfederatki. Na długim rzemieniu ciągnęła za sobą powodowego wierzchowca; nieźle radziła sobie w siodle, trzymała wszystkie wodze w jednej garści, a drugą, uzbrojoną ręką mierzyła prosto w łeb sołtysa.
- Dość już! – jej głos był jak smagnięcie batem. – Puśćcie go i wszyscy precz!
Tłum zafalował, zahuczał groźnie.
Nie dała mu przyjść do sprawy.
Jednym ruchem uderzyła konia ostrogami, wpadła w gromadę włościan obalając i tratując chłopów. Strzeliła jeszcze raz – nad ich głowami, aż echo odbiło się od ciemnozielonej ściany lasu.
- Wsiadaj!
Bezwiednie ruszył w stronę luźnego konia. Nie zdołał nawet chwycić wodzy pokrwawioną dłonią; wierzchowiec spłoszył się i cofnął.
- Na co czekasz?!
Nie miał sił, by wykrzyczeć, że nie poderwie się z ziemi, bo biodro rwało bólem i gorącem. Padł na szyję niespokojnego zwierzęcia.
- Polska miatieżniczka! – zaryczał sołtys przezornie skryty gdzieś w tłumie przestraszonych chłopów. – Bierzcie ją, gromada! Pół rubla nagrody dam!
Jednym ruchem panna chwyciła Szymańskiego za pokrwawioną koszulę na karku, poderwała go w górę z niezwykłą siłą, aż krzyknął, gdy przerzuciła przez kulbakę. Jęknął padając na przedni, wysoki łęk, podciągnął prawą nogę, przerzucił nad końskim grzbietem.
Cudem usiadł w siodle, cudem odnalazł wodze. Nie musiał powodować koniem, bo nieznajoma nie wypuściła z ręki cugli, zacięła rumaka batem, aż skoczył w przód niczym kula wystrzelona z ośmiofuntówki.
Wypadli za opłotki wioski ścigani krzykami, wrzawą, przekleństwami. Nie słyszeli głosu sołtysa, który podbił stawkę do jednego, a potem dwóch całych rubli. Przesadzili zmurszały płot, pognali na pola. Z tyłu trzasnął wystrzał, kula szyderczo gwizdnęła między gałęziami.
A potem wjechali między jodły i świerki, zapadli w polski las. Szymański nie pamiętał dalej nic; może gałęzie chłoszczące go po twarzy; drzewa migające w oczach. Stare dęby, polana między nimi, splątane korzenie. Upadek jak z najwyższego drzewa, miękki dotyk mchu i zapach mokrej ziemi.
I wreszcie ręka dziedziczki gładzącej go po czole.
- Śpij… Śpij, panie Szymański.
Więc usnął, pierwszy raz bez bólu i cierpienia.

dodano: 2009-06-26 09:02:12
kategorie: O pozostalych utworach
komentarze (8) >>
Wreszcie dostałem Samozwańca!

Nareszcie jest! Przyszła do mnie paczka z Fabryki Słów zawierająca autorskie egzemplarze 1 tomu Samozwańca. Co znaczy, że egzemplarze książki są już w dystrybucji i najdalej od 1 lipca będą dostępne w sprzedaży w Empiku (po 6 lipca we wszystkich księgarniach).
Kilka uwag o książce - wydana w półtwardej oprawie, jak inne pozycje Fabryki, grubości mniej więcej "Diabła Łańcuckiego". Książka podzielona jest na 7 rozdziałów, całość uzupełniają przypisy i ilustracje Krzysztofa Brojka. Pierwszy raz w historii mojej twórczości na okładce jest husarz na białym tle. Cóż mogę dodać więcej - teraz już wszystko w rękach Czytelników, których sługą uniżonym pozostaje Autor. Zapraszam do czytania i komentowania.
Tom II już w pisaniu. Niebawem pojawi się na ten temat więcej informacji.

dodano: 2009-06-25 09:53:16
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (7) >>
Jadę do Nidzicy

Od jutra (czwartek, 11 czerwca) przebywać będę w Nidzicy na XVI Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki. Jutro o godzinie 12.30 w Galerii pod Belką na Zamku będę mówił m. in. o "Samozwańcu" i innych sprawach związanych z moimi książkami.
Zapraszam oczywiście także na piwo, które jest nieodłącznym elementem wszelakich spotkań o literaturze i historii. Czasu na rozmowy będzie sporo, bo w Nidzicy przebywać będę do niedzieli.

Z Hitlerem na Moskwę

Skoro niektórzy rosyjscy publicyści twierdzą, że winę za wybuch II wojny światowej ponosi Polska - kto nie wierzy, niechaj zerknie tutaj - tedy warto zastanowić się nad kwestią, która od lat spędza sen z powiek historykom. Co by się stało, gdyby w 1939 roku Polska przyjęła ofertę Hitlera? A przypomnijmy, że było to nie tylko żądanie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i wydzielenie przez Pomorze eksterytorialnego "korytarza" łączącego Prusy niemieckim wówczas Pomorzem Zachodnim, ale przede wszystkim przystąpienie naszego kraju do paktu antykominternowskiego, wymierzonego przeciwko ZSRR.
Zacznijmy od tego, iż wiele źródeł historycznych - że wymienię tu pamiętniki Heinza Guderiana, twórcy niemieckich wojsk pancernych czy też adiutanta Hitlera Nicolausa von Bielowa - wspomina, iż władze III Rzeszy do ostatnich dni sierpnia 1939 roku czekały na gotowość naszego rzędu do przyjęcia warunków niemieckich, gdyż obawiały się walki na dwa fronty.
Polska jednak propozycje Hitlera odrzuciła stawiając na sojusz z Wielką Brytanią i Francją, które w cyniczny sposób nas zdradziły i nie udzieliły pomocy wojskowej skazując na pewną klęskę. Co więcej gwarancje brytyjskie zostały udzielone w sytuacji, gdy rządowi Anglii wiadomo było z góry, że nie będzie w stanie szybko interweniować na kontynencie. Dając owe gwarancje premier Chamberlain wiedział dobrze, że wystawia Polskę na atak Hitlera - jednak nasi sojusznicy łudzili się, że dzięki zniszczeniu Polski w 1939 roku uzyskają więcej czasu na przygotowanie się do wojny.
Co zatem stało się przyczyną tego, że rząd II RP zdecydował się postawić na współpracę z watpliwymi sojusznikami? Wydaje się, że nie chodziło tylko i wyłącznie o Gdańsk i korytarz, gdzie zresztą Hitler mógł poczynić pewne ustępstwa - np. zgodzić się na wydzielenie z Gdańska kawałka nabrzeża dla Polski. Niemiecka oferta kryła bowiem w sobie coś znacznie groźniejszego - totalną wasalizację Polski, podobną do tej z czasów, gdy PRL był kompletnie uzależniony od sowieckiej Rosji. Rząd polski obawiał się po prostu, że II RP będąca członkiem paktu antykominternowskiego stanie się wkrótce bezwolnym satelitą Niuemiec, a być może zostanie kiedyś przez nie po prostu anektowana.
Co bowiem wydarzyłoby się, gdyby Polska przyjęła propozycje Hitlera i przystąpiła do wojny po jego stronie? Wielu historyków twierdzi, iż los naszego kraju byłby znacznie lepszy niż ten, który stał sie udziałem RP po II wojnie. A więc - że wspólnie z Niemcami można by pobić ZSRR, a kiedy III Rzesza ponosłaby klęskę, po prostu zdradzić ją i przyłączyć się do zwycięzców. Ja osobiście nie jestem pewien tej wersji historii. Przystąpienie Polski do paktu Osi zmieniłoby w sposób diametralny sytuację w Europie i wydarzenia wcale nie musiałby potoczyć się tak, jak przekazują podręczniki historii - a więc zgodnie z kalendarium II wojny, tyle, że nie byłoby kampanii wrześniowej.
A zatem spróbujmy odtworzyć - z żelazną logiką - co wydarzyłoby się, gdyby w sierpniu, albo w marcu 1939 roku II RP oddała Gdańsk i korytarz, a potem podpisała pakt wojskowy z III Rzeszą?
Jest pewne niemal na 100%, że niemal natychmiast po ujawnieniu tego faktu, nastąpiłyby dwa wydarzenia. Po pierwsze Anglia i Francja rozpoczęłyby starania o podpisanie sojuszu z ZSRR. Pamiętajmy bowiem, że po odpadnięciu Polski, oba państwa za wszelką cenę szukałyby kolejnego sojusznika, który zagroziłby tyłom Niemiec. Całkiem możliwe, że Stalin zgodziłby się na podpisanie z nimi paktu wojskowego. Anglia i Francja bowiem mogłyby dać mu więcej, niż Hitler. W pakcie Ribbentrop-Mołotow linią podziału Polski miała być Wisła. Jest zaś prawie pewne, że Daladier i Chamberlain daliby ZSRR hojną reką nie tylko całą Polskę, ale także część Niemiec, dzieląc w ten sposób przysłowiową skórę na niedźwiedziu. Za taką cenę Stalin zapewne zgodziłby się współpracować z Anglią i Francją.
Drugim aktem polityki aliantów byłaby próba wywołania przewrotu wojsowego w Polsce. Całkiem możliwe, że na jego czele stanąłby np. profrancusko nastawiony Władysław Sikorski i grupa oficerów niezadowolonych z ustepstw Becka i Rydza-Śmigłego; oskarżających marszałka o zdradę interesów Polski. Załóżmy jednak, że próba ta spaliłaby na panewce. Być może opozycja polityczna (a była ona całkiem liczna) sformowałaby przy rządzie Anglii lub Francji coś w rodzaju alternatywnego rzadu polskiego - w każdym bądź razie zakładam, że nasi niedoszli sojusznicy popieraliby takie nowe władze ze wszystkich sił.
Co jednak uczyniłby Hitler? Kiedy wybuchłaby wojna?
Sądze, że wydarzenia potoczyłyby się podobnie, jak w podręcznikach historii. A zatem Hitler zaatakowałby zachód najpóźniej na wiosnę 1940 roku, a być może jesienią 1939, zgłaszając np. pretensje do Alzacji i Lotaryngi. Dlaczego Francję, a nie ZSRR? Ano dlatego, że w wypadku wojny ze Stalinem, Francja mogłaby uderzyć bezpośrednio na jego tyły. Natomiast w wypadku ataku na zachód tyłów Niemiec broniłaby II RP, dając III Rzeszy czas na pobicie Francji i Anglii. Sytuacja zatem przypominałaby tę z roku 1914, tyle, że frontu wschodniego broniłoby sojusznicze Królestwo Polskie.
Niezależnie od tego, jak potoczyłyby się wydarzenia na froncie, pewno jest jedne - Francja i Anglia przegrałyby kampanię równie żałośnie jak tę w 1940 roku, kiedy to armia III Rzeszy rozgromiła je w ciągu 2 tygodni, a w czasie pozostałego miesiąca spokojnie zajęła resztę kraju. Do takiej wojny bowiem Anglia i Francja byłyby równie nieprzygotowane w KAŻDEJ możliwej wersji historii Europy.
Tak więc mamy rok 1940. Następuje totalna porażka i unicestwienie Francji. A co w takim raie uczyni ich sojusznik ZSRR? Czy Stalin uderzyłby na Polskę i III Rzeszę w 1940 roku?
W znanej wersji historii nie uczynił tego. Nie przyszedł z pomocą Francji. Czekał, zbrojąc się na moment kiedy będzie mógł zadać śmiertelny cios Hitlerowi. Jak by zachował się w chwili, gdy na zachodzie chwieje się Francja, lecz Polska jest sojusznikiem Hitlera?
Moim zdaniem ruszyłby do ataku. Z kilku przyczyn.
Po pierwsze w prawdziwej wersji historii Stalin nie zaatakował, bo łączył go przecież pakt o nieagresji z Hitlerem, w dodatku został zaspokojony połową ziem polskich i mógł w spokoju uderzyć na Finlandię. Czy jednak nie pokusiłby się na atak na osamotnioną II RP - osamotnioną, bo zakładam, że Hitler ściągnąłby na zachód większość swoich jednostek?
Po drugie - Stalin związany paktem z Anglią i Francją nie odpuściłby okazji, aby spróbować zniszczyć odwiecznego wroga - Polskę i powetować sobie klęskę 1920 roku. W 1940 roku, w znanej wersji historii Polska nie istniała - nie było zatem powodu dla wszczęcia wojny. A paktu z Anglią i Francją ZSRR nie zawarł - właśnie dlatego, że obowiązywał układ Ribbentrop-Mołotow, wymierzony wcześniej przeciwko Polsce.
A zatem wojna zaczęłaby się także na wschodzie. Pytanie zatem, czy nasze wojsko zdołałoby zatrzymać Armię Czerwoną do czasu pokonania przez Hitlera Francji?
Odpowiadam twierdząco: tak. Nasz kraj był o wiele lepiej przygotowany do wojny z ZSRR niż z Niemcami. Prawdopobonie za cenę dużych strat i oddanie części terytorium Armia Czerwona zostałaby zatrzymana - być może nad Wisłą, a potem, po powrocie wojsk niemieckich z Francji pobita wspólnymi siłami i odrzucona daleko na wschód.
I teraz zaczyna się ta część alternatywnej historii, którą bardzo ciężko przewidzieć. A zatem: czy wspólna, polsko-niemiecka wyprawa na wschód doprowadziłaby do zniszczenia ZSRR? Co byłoby gdyby skrzydeł 6 armii Paulusa pod Stalingradem bronili nie Rumuni i Włosi, ale polskie wojska pod dowództwem marszałka Rydza-Śmigłego i Wielkopolacy generała Kutrzeby, Stanisław Maczek i jego zuchy jeżdżacy na niemieckich "czwórkach" (PzKmpfw IV), a potem na Panterach i Tygrysach?
Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Rozważmy zatem obie wersje. Niestety w obydwu przypadkach los Polski nie wydaje mi się szczególnie świetlany.
Co stałoby się, gdybyśmy wygrali, zmiażdżyli sowiecką Rosję, doszli do Uralu, a może i dalej? Wówczas w Europie powstałoby gigantyczne imperium hitlerowskie, któremu Polska musiałaby - nie łudźmy się - ulec. Kto stanąłby po naszej stronie gdyby Hitler - mający na Uralu granicę z Japonią, zażądał Wielkopolski i Pomorza, oferując w zamian przesunięcie granic Polski na wschód? Wydaje się, że wzmogłyby się także naciski na germanizację Polski w ramach powołania germańskiego imperium w Europie, a III Rzesza otwarcie mieszałaby się do polskiej polityki wewnętrznej, np. obalając niewygodne sobie rządy - jak na Węgrzech. Prawdobopbnie plan Ost zakładałby wówczas po prostu masową germanizację narodu polskiego i nie byłoby dla nas ratunku. Proponowałbym też, aby poniechać żadnych złudzeń, że wielki i tryumfujący Hitler traktowałby Polskę lepiej niż w 1939 roku, bo jak by nie patrząc leżałaby ona pomiędzy Niemcami, a wielkimi posiadłościami III Rzeszy na wschodzie. Walka przeciwko Hitlerowcom miała małe szanse powodzenia w 1939 roku. Jakie byłyby one, gdyby imperium niemieckich faszystów rozciągało się od Hiszpanii aż po Azję?
Równie niewesoły byłby los Polski, gdybyśmy wojnę z ZSRR przegrali. Jako członka koalicji faszystowskiej czekałaby nas wegetacja w państewku wielkości Generalnej Gubernii, wcielonym pewnie do ZSRR jako 17. republika. A w dodatku wegetacja z odium morderców. Któż zająknałby się wówczas pisząc: polskie obozy koncentracyjne, gdyby Polska była sojusznikiem Hitlera?
Tak czy owak wydaje mi się, że nasz rząd w 1939 roku miał taką sytuację na uwadze, skoro postanowił bić się z Hitlerem. I mi osobiście decyzja ta wydaje się właściwa. Owszem, ponieśliśmy ogromne straty, zostaliśmy zdradzeni i sprzedani przez rzekomych sojuszników, a jednak o wiele lżej mi teraz patrzeć na Polaków, którzy nigdy nie wydali Quislingów i Petaine'ów i mimo wszystko przetrwali bez odium faszystów, morderców i kolaborantów. Lepiej mieć dziadka, który zginął w Katyniu, niż SS-mana, mordercę Żydów, bo po naszych przodkach pozostała nam przynajmniej nieśmiertelna chwała, która z czasem odrodzi nam nową i wspaniałą Polskę. A ducha narodu polskiego nie złamała nawet przegrana kampania wrześniowa.

dodano: 2009-06-08 12:20:30
kategorie: Silva rerum
komentarze (917) >>
Oblężenie Zamościa... przeżyłem

...dzięki zacnemu konikowi rasy małopolskiej, który zowie się Potęga i nie boi się nie tylko strzałów, ale i samego diabła. Ogólnie inscenizacja była udana, choć lało jak z cebra i wszystkie nasze kolczugi wymagają czyszczenia z rdzy, a bitwa przebiegała inaczej niż w zeszłym roku. W sobotę, my - pancerni z Towarzystwa Jazdy Dawnej -ganialiśmy się z komunikiem zaporoskim po polu na zasadzie raz my gonimy, a za drugim razem uciekamy. Nie doszło do starcia z piechotą, jak rok temu, może dlatego, że - jak się potem dowiedziałem - sporo piechurów obawia się konnicy. Normalna rzecz - piechota pozbawiona pik ma małe szanse na pokonanie kawalerii, ale też trzeba pamiętać, że na inscenizacjach nigdy nie najeżdżamy w galopie na przeciwnika, bo byśmy naprawdę się pozabijali.
Wydaje mi się jednak, że po zeszłorocznej batalii organizatorzy zrobili się ostrożniejsi w wykorzystaniu walorów jazdy pancernej.
Całą sobotę spędziłem na koniu, co może się wydawać przyjemne komuś, kto nigdy nie siedział w siodle, albo poszedł sobie do bitwy na piechotę. Uczestnictwo w inscenizacji historycznej na koniu to prawdziwe wyzwanie, a i strach bierze człowieka całkiem niezły. Ja wróciłem dosłownie wykończony, co dowodzi ile wytrzymalsi byli ludzie w XVII wieku. Pasek i Poczobut-Odlanicki piszą w pamiętnikach, że nie schodzili z konia czasem i po 2-3 dni, gdy wojsko stało w szyku, a w nocy towarzysze po prostu spali przy wierzchowcach z wodzami w ręku (Pasek na przykład pisze, że kładł sobie pod głowę trupy Moskali). To, o czym nie napisał, a co by nas zszokowało w wojsku XVII stulecia, to niesamowity brud. Po jednym dniu inscenizacji i jazdy konnej w pancerzu towarzysza człowiek ma ręce czarne od konia i żelaza, wszystko przesiąknięte jest końskim potem i wonią prochu. Mam wrażenie, że jeśli padał deszcz, w dawnych obozach musiało być niesamowite błoto. W piątek w stajni w Zamościu na mokrej ziemi robiliśmy sobie manewry - wystarczyło, że 4 konie pobiegały sobie w kółko po mokrej trawie przez jakieś 2 godziny, a zaraz zaczęło się tam robić grząsko. Jak wyglądało to w obozie, gdy każdy towarzysz miał przynajmniej 5-6 koni, a w całej armii było ich np. 10 tysięcy? Moim zdaniem wystarczył drobny deszcz, a drogi między stancjami zamieniały się w bajora, w których końskie łajno mieszało się z błotem.
Tyle refleksji po Zamościu. Jak zwykle na biesiadę wróciłiśmy późno (bo trzeba było konie odstawić). Tymczasem piechota i spieszone pospolite ruszenie zdążyła już wypić większość miodu i zjeść co lepsze przysmaki. Taki już los kawalerzysty w dzisiejszych czasach...
Miło jednak popatrzeć sobie z góry na panów braci, bo powiadam, że nie będzie nigdy polskim panem ten, kto nigdy w życiu nie dosiadał konia. A jak podjadę na koniu do różnych krzykaczy, nagle znikają gdzieś mistrzowie szabli i rapiera, jakoś tak pusto się robi wokół człowieka...
A czasem widuję prześmieszne obrazki na bitwach. Na przykład husarzy ze skrzydłami, w zbrojach i jakby tego było jeszcze mało - w ostrogach - stojących pieszo w błocie. Kiedyś widziałem nawet pewnego jegomościa, co niósł w ręku olstra z pistoletami, które normalnie powinny spoczywać na szyi konia.
Wróciłem ja sobie do Warszawy, a tu na poczcie leży już pismo od Ichmościów panów napoleończyków, bo zaraz, za chwilę jedziemy pod Waterloo, tym razem w barwach szwoleżerów. Nie ruszyłbym nawet paznokciem, by bronić sprzedajnej, francuskiej murwy, ale dla Cesarza uczynię wyjątek.
Tymczasem zaś zapraszam na stronę portalu Paradoks, gdzie ukazał się mój niepoprawny politycznie wywiad:

http://www.paradoks.net.pl/read/10778

 
 

Copyright 2009 Fabryka Słów