II tom Samozwańca w maju

Właśnie wróciłem z Lublina i dowiedziałem się od wydawcy, że drugi tom Samozwańca ukaże się najprawdopodobniej w maju (data nie jest jeszcze ostatecznie potwierdzona). Wszystkie rozdziały wróciły już do mnie po pierwszej redakcji i w czasie najbliższego tygodnia czeka mnie poprawianie tekstu i dopisywanie przypisów.
Myślę, że miłośnicy akcji nie będą narzekać, drugi tom opowiada bowiem dzieje pierwszej Dymitriady od rozpoczęcia oblężenia Nowogrodu do bitwy pod Dobryniczami, przegranej przez wojska carewicza. Książka składa się z siedmu rozdziałów, biorąc pod uwagę, iż przedstawia sporo działań wojennych, w tym prawie zapomniane szarże husarii pod Nowogrodem i Dobryniczami (wcześniejsze niż Kircholm), można by ją nazwać "powieścią husarską".
Na okładce II tomu znajdzie się być może towarzysz pancerny (w każdym razie taki temat chcę zaproponować grafikowi), do książki dołączona będzie także mapka pokazująca trasę wyprawy Dymitra Samozwańca po carską koronę.

dodano: 2010-02-12 22:20:59
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (58) >>
Ostatnie zlecenie Dydyńskiego

19 marca ukaże się "Banita" ostatnia książka o przygodach Jacka Dydyńskiego, stolnikowica sanockiego, a mojego sąsiada. Oczywiście Dydyński wystąpi jeszcze w kolejnych tomach cyklu "Samozwaniec", ale raczej nie pojawią się już żadne powieści i zbiory opowiadań, poświęcone tej postaci. Miejsce stolnikowica zajmie inny bohater, bo jestem już zmęczony przygodami pana z Niewistki.
Jacek Dydyński był postacią historyczną, posiadał całość lub jakąś część Niewistki w Ziemi Sanockiej, kilka kilometrów na północ od Sanoka, w dolinie Sanu. Natomiast gniazdem rodowym tego rodu była położona nieopodal Dydnia.
Przedstawiając tę postać na kartach opowiadań i powieści dokonałem oczywiście kilku korekt literackich. I tak prawdziwy Dydyński urodził się znacznie później, niż czasy, w których w Ziemi Przemyskiej grasował Diabeł Łańcucki, związany był raczej z jego synami w latach 20. XVII stulecia. Został też przez nich napadnięty, a Niewistka złupiona, czemu dał wyraz w licznych protestacjach i pozwach.
Prawdziwy Dydyński nie był też zapewne towarzyszem husarskim, ale Lisowczykiem; urodził się zapewne w okolicach roku 1600 (był więc za młody, aby służyć Stadnickiemu). Jego działalność jako zajezdnika, czyli specjalisty od organizowania zajazdów przypada na środek pierwszej połowy XVII stulecia.
Dydyński zginął w bitwie pod Zborowem, w 1649 roku walcząc w chorągwi Zygmunta Przedwojowskiego. Razem z nim położyło wtedy głowy wiele szlachty sanockiej, prawdopodobnie dlatego, że po ataku Tatarów nie uciekli do taborów jak reszta pospolitego ruszenia, ale pozostali do końca na polu bitwy wierni Rzeczypospolitej i królowi.

dodano: 2010-02-08 11:10:36
kategorie: O pozostalych utworach
komentarze (19) >>
Traktat szermierczy

Choć to dziwnie brzmi, ale wkrótce zaczynam pracę nad traktem szermierczym poświęconym próbie odtworzenia walki szablą tak jak wyglądała ona w XVII wieku.
Oczywiście nie uważam się za mistrza szabli, zatem nad książką będę pracował razem z Krzysztofem Brojkiem, szermierzem i autorem ilustracji do "Samozwańca". Nie podam własnych zasad walki, bo ich nie wymyśliłem. Moja rola będzie zatem specyficzna i polegać będzie przede wszystkim na zebraniu całej dotychczasowej wiedzy o szermierce historycznej szablą polską z XVI-XVIII wieku wykorzystując źródła historyczne, traktaty, a także rozmowy z szermierzami.
Wszystkie dotychczasowe traktaty tworzone były przez samych mistrzów szabli, którzy nie zawsze potrafili pisać i tym samym przekazać wiedzę w sposób zrozumiały dla Czytelnika. Ja ich zastąpię - będę ich skrybą; spiszę co mają do powiedzenia, godząc sprzecznosci i wyciągając wnioski.
Pracę rozpoczynam wkrótce, przy czym trwać będzie ona długo - być może przez lata. Nie spodziewajcie się zatem tej książki za kilka miesięcy. Jednak dzieło wydaje mi się godne uwagi i wysiłku.

dodano: 2010-02-07 21:56:56
kategorie: Silva rerum
komentarze (5) >>
Respons

Łaskawym, sławetnym i pracowitym Panom Przyjaciołom, Organizatorom Kłuszyna 2010

Proszę WMMPanów, leżałem chory przez tydzień, a tu już woźny przyniósł mi cały plik protestacji, pozwów i odpowiedzi. Skoro tedy nie zdołałem poszczuć go psami, albo kazać zjeść pisma na surowo – jak sąsiad pana Paska zająca - pozostaje tylko chwycić za pióro, aby odpisać na zarzuty. Nie trzeba mnie sczypać dekretami: sam odpowiem na wszystko.
A zarzucają mi łaskawi panowie przyjaciele, organizatorzy imprezy że ich szkaluję obrzydliwymi paskwilusami, że ujadam na ich wielką i historyczną imprezę niemal jak Diabeł Łańcucki na Przenajświętrzą Panienkę, zarzucając trzy rzeczy:

Primo:
Iż na polu bitwy będzie spieszona i ujmijmy to tak: „filmowa” husaria
Śpieszę zatem wyjaśnić, że o spieszonej husarii, dowiedziałem się nie z innego źródła, jak tylko z samej strony poświęconej Kłuszynowi, kto nie wierzy, niechaj zajrzy na: http://www.kluszyn1610.pl/?page_id=1407. Jest tam mowa o spieszonej husarii na polu bitwy.
Oczywiście rzecz nie jest niehistoryczna – bywały przypadki, w których husaria zsiadała z koni, choć niechętnie. Tak było np. w roku 1604 w czasie pierwszej Dymitriady, podczas Szturmów Nowogrodu Wielkiego, wspomina o tym Stanisław Borsza w swoim pamiętniku.
Pytanie tylko po której stronie ma stawać owa spieszona husaria? Polskiej czy może Moskiewskiej? Bo to zakrawa na krotochwilę, której by nawet Samuel Łaszcz nie wymyślił.
Co do udziału „filmowej husarii”, autorzy imprezy przyznają, że zrezygnowali z tego pomysłu. Cześć im i chwała za to, bo wcześniej od innych uczestników inscenizacji dowiedziałem się, że po stronie polskiej będą bić się husarze w plastikowych zbrojach.

Secundo:
W poprzednim moim pisaniu wysunąłem zarzut, że organizatorzy wszystkich nie będących husarzami ustawiają po stronie Moskali, zostawiając po stronie polskiej tylko wspomnianą formację. Podczas gdy dostępne opracowania i źródła historyczne wspominają o udziale lekkiej jazdy i jazdy kozackiej (czyli późniejszej pancernej) po stronie polskiej, co sprawia, że inscenizacja nie jest historyczna.
Łaskawi i pracowici przyjaciele Organizatorzy odpisali mi, że czynią tak, aby oddać w pełni przewagę liczebną, jaką miały nad siłami polskimi połączone armie moskiewska i szwedzka. Rodzi się jednak pytanie, dlaczego, skoro już chcą być tak mocno poprawni historycznie, po prostu nie skorzystali z najprostszego rozwiązania: nie zaprosili na inscenizację autentycznych rosyjskich oraz białoruskich grupy odtwarzających strzelców moskiewskich oraz konnicę? Wszak oni aż palą się do walki z Lachami za wiarę i prawosławną cerkiew. A argumenty natury ideologicznej można odrzucić – nie spotkałem w życiu Rosjanina, który by był dzisiaj obrażony za nasze zwycięstwo pod Kłuszynem i jeśli jest rekonstruktorem nie chciał przyjechać na Kłuszyn za to, żeśmy spalili Moskwę w 1611 roku. A jak jechałem do Kostromy obejrzeć pomnik Susanina, to mnie jak ów chłopek wojsko polskie, także chcieli utopić - tyle, że w gorzałce.
Poza tym aby odtworzyć wojsko moskiewskie można było sięgnąć do grup prezentujących ruskich bojarów i wojów z XIV i XV wieku, których jest kilka nawet w Polsce, a zatrzęsienie na Ukrainie i Białorusi – oczywiście po pewnej weryfikacji uzbrojenia i zamianie mieczy na szable. Prawdą jest bowiem, że uzbrojenie moskiewskiej jazdy dworzańskiej nie zmieniło się znacząco od średniowiecza, powszechny był brak broni palnej, częste używanie kaftanów, a nie pancerzy.
Tymczasem na polu bitwy pod Kłuszynem zobaczymy husarię atakującą… spieszone pospolite ruszenie szlacheckie! - które ani wyglądem, ani zwyczajami nie przypominało ówczesnej armii moskiewskiej. Nie wątpię, że organizatorzy bitwy, a zwłaszcza JM Pan Sikora, którego książki o husarii wielce cenię, wiedzą jak wyglądały chorągwie dworiańskiej konnicy i jakiego typu pancerzy używały.
Kłuszyn zatem będzie historyczny tylko z jednej strony – polskiej i mam wrażenie, że cała impreza organizowana jest tylko i wyłącznie dla husarii.

Tertio:
I wreszcie argument, który spadł na mnie jak żelazny posoch Iwana Groźnego na głowy opryczników. Sławetni Panowie Organizatorzy piszą, że wbrew moim słowom pod Kłuszynem nie było innej jazdy niż husaria, bo…. tak właśnie podaje JMPan Sikora w swojej książce.
Kłopot w tym, ze książka ta nie została jeszcze wydana, zatem tez tych nie można w żaden sposób zweryfikować. A jeśli już monografia owa ma być argumentem w rzeczowej dyskusji, a nie internetowej przepychance, to należałoby podać źródła historyczne, które wedle Organizatorów pokazują JEDYNY I OSTATECZNY skład armii polskiej pod Kłuszynem. Chyba, ze inscenizacja bitwy pod Kłuszynem 2010 służyć ma niczemu innemu, tylko udowodnieniu tez z książki JMPana Sikory.
Ja moje źródła informacji na temat obecności pod Kłuszynem innych formacji poza husarią wymieniam poniżej. Poza pamiętnikami Stanisława Żółkiewskiego, jest to przede wszystkim najnowsza monografia bitwy „Kłuszyn 1610” Roberta Szcześniaka, która wyraźnie wspomina o udziale chorągwi kozackich, a w aneksie (strona 123) podaje skład wojsk Stanisława Żółkiewskiego, wśród których są roty kozackie.
Chorągwie i roty uczestniczące w bitwie wymienione są również w dokumentach z ASK (Archiwum skarbu koronnego) w AGADZie- w Warszawie, w pamiętnikach Maskiewicza i Marchockiego. Niestety pełnego komputu chorągwi spod Kłuszyna nie znalazłem w polskich archiwach, nie wierzę, by był się w rosyjskich.
Na temat tego, czy w Pułku Aleksandra Zborowskiego byli kozacy i czy Żółkiewski zostawił ich pod Carowym Zajmiszczem możemy dyskutować ad mortuum defecatum, bo chociaż znany jest skład pułku Zborowskiego, to nie wiadomo jakie chorągwie go tworzyły (husarskie czy kozackie). Dyskusje takie toczą się nie od dziś, tylko od 50 lat na każdym seminarium magisterskim czy doktorskim historyków.
Kończąc zaś nadmieniam, że to co piszę na blogu nie jest i nie było w żadnym wypadku oficjalnym stanowiskiem Towarzystwa Jazdy Dawnej, którego jestem członkiem, bo i takie głosy się pojawiły.
Dodaję też, że wcale nie stroję fochów, jak sugerują to Łaskawi Panowie Organizatorzy i jestem w stanie brać udział w rekonstrukcjach po różnych stronach konfliktu, jeśli stoją za tym względy historyczne i merytoryczne. Nie robię na ten przykład scen, że pod Komarowem przyjdzie mi grać bolszewika, bo nie stać mnie na mundur i oporządzenie polskiego kawalerzysty z 1920 roku (a przecież nasza dzielna kawaleria musi mieć kogoś bić). Ale kiedy pod Kłuszynem okazuje się, że mając własnego konia i moderunek towarzysza kozackiego nie mogę stanąć po stronie polskiej, bo takie jest widzimisię organizatorów, którzy powołują się w dodatku na informacje z niewydanej książki, mam prawo nie kryć irytacji.
Równie byłbym zniesmaczony, gdyby mi pod Gniewem kazali w kolczudze i misiurce stawać jako gwardzista Gustawa Adolfa.
Oczywiście prawem Organizatorów jest ustawiać uczestniów inscenizacji gdzie i jak chcą, a nawet zapraszać na pole bitwy różową kawalerię na niebieskich kucykach. Tylko, że w takim wypadku imprezy takiej nie można nazwac historyczną rekonstrukcją bitwy.

Waszych Mości Sługa i brat
Jacek L. Komuda

dodano: 2010-02-04 11:46:50
kategorie: Silva rerum
komentarze (45) >>
 
 

Copyright 2009 Fabryka Słów