Kłuszyn 2010 bez Komudy!

Tak jest Mości Panie i Panowie stała się rzecz przykra, lecz jakże niestety prawdziwa (zwłaszcza w realiach warszawskich). Nie będę uczestniczył w tym roku w wielkiej inscenizacji bitwy pod Kłuszynem w 1610 roku - największego zwycięstwa nad Moskwą w XVII wieku.
A wszystko z przyczyn całkowicie prozaicznych - organizatorzy nie dopuszczają do uczestnictwa po stronie polskiej żadnych grup rekonstrukcyjnych za wyjątkiem husarii. Zatem ja, skromny towarzysz pancerny z Towarzystwa Jazdy Dawnej, mający w dodatku własnego, ostrzelanego konia przygotowanego do rekonstrukcji historycznych, autor pierwszej od wielu lat powieści poświęconej wojnom polsko-moskiewskim, w tym tomu drugiego, opisującego pierwsze szarże husarii - mam grać w bitwie Moskala. A wszystko dlatego, że zapisany jestem w regestrze chorągwi pancernej, a nie husarskiej.
Ja jeszcze bym ścierpiał taki afront, gdyby na polu walki faktycznie pojawiła się choć jedna pełna chorągiew husarska i zaćmiła nas - pancernych swoim blaskiem. Ale z tego, co się dowiedziałem, po stronie polskiej ma, obok doborowych rot z Gniewu i Sandomierza, wziąć udział husaria w plastikowych (filmowych) zbrojach, a nawet tzw. spieszona husaria - czyli jak mniemam husarze, którzy mają owszem zbroje, ale konno jeździć nie potrafią (to by się zdumiał Żółkiewski mając taką husarię pod Kłuszynem).
Zaznaczam, że nigdy w inscenizacjach nie żądam broń Boże jakiejś specjalnej roli dla siebie - nic ponadto, aby mi pozwolono na własnym koniu i z własną bronią walczyć po polskiej stronie - i to wcale nie w pierwszym szeregu. Natomiast w przypadku Kłuszyna 2010 zbuntowałem się, bo po napisaniu dwóch tomów Samozwańca, de facto pierwszej polskiej powieści historycznej opisującej husarie i wojny polsko-moskiewskie nie będę odgrywał mużyka cara Szujskiego.
Dodajmy do tego także przyczyny historyczne: na 7000 jazdy i 200 piechoty, pod Kłuszynem brało udział około 1000 jazdy kozackiej (póżniejszej pancernej) plus pułk Aleksandra Zborowskiego, który przynajmniej w połowie mógł być złozony z chorągwi kozackich polskich - czyli kolejne 1500 koni. Oznacza to, że obecność kozaków (pancernych) po stronie polskiej jest całkowicie historyczna.
Nadmienię ponadto, że kiedy warszawscy organizatorzy okazują się niezmierną arogancją wobec mojej chorągwi pancernej, jesteśmy jako pancerni bez żadnych przeszkód zapraszany na różne imprezy lokalne (i to razem z końmi), jak Tykocin, Zamość, a pewnie pojawię się i na Gniewie.
To wszystko pokazuje, dlaczego chciałbym w końcu opuścić naszą stolicę i osiąść tam, gdzie moje miejsce.
Kłuszyna zaś z wymienionych wyżej przyczyn, jako imprezy historycznej polecić nie mogę.

dodano: 2010-01-26 00:50:19
kategorie: Silva rerum
komentarze (175) >>
Wróciłem do Ziemi Sanockiej

A teraz wieść, którą zapowiadałem już jakiś czas temu. Wróciłem, gdzie powinienem być, a więc tam, gdzie rozgrywa się akcja moich opowiadań - do Ziemi Sanockiej i Przemyskiej. Za honoraria z moich książek zakupiłem dwie rzeczy, które są niezbędne szlachcicowi polskiemu. Pierwsza to koń, o którym pisałem. Druga to ziemia. Zostałem bowiem właścicielem, gruntu, a raczej spłachetka (niecałe 1,5 hektara) - jak by to powiedziano w XVII wieku - w Bachowie koło Dubiecka, na pograniczu Ziemi Przemyskiej i Sanockiej dawnego województwa ruskiego.
Na razie nie ma tam nic poza polem, siedliskiem po dawnym domostwie i kilkunastoma tonami śniegu. Jednak jeśli Fortuna, moi wydawcy, a nade wszystko Czytelnicy będą mi sprzyjać, zacznę stawiać tam dwór.
Powrót w tamte strony (piszę powrót, bo chociaż urodziłem się w Warszawie, to poprzez książki związałem się bardziej z Ziemią Przemyską i Sanocką) jest trochę jak odkrywanie krainy z dawnego snu. Pamiętam jak jechałem oglądać tę i inne nieruchomości. Patrząc na nazwy mijanych wiosek (z których większość starsza jest niż Warszawa) tylko wspominałem gdzie była zwada, gdzie zajazd, bitwa, potyczka, a w jakim miejscu skończył życie ten czy inny warchoł i zawalidroga. Dubiecko, Nienadowa, Szklary, Łańcut, Dydnia, Niewistka... Te wioski przywołują dawne wspomnienia.
Tak chyba powinna zaczynać się kolejna część "Nieśmiertelnego" - Connor McLeod jedzie samochodem w deszczu z agentką nieruchomości kupić sobie ziemię w Szkocji i kiedy ona opowiada mu o mijanych domostwach i polach wystawionych na sprzedaż, on przypomina sobie - że właśnie tutaj pobilismy McCulhanów. Tam była sroga bitwa z O'Calannami. A na tym polu odniosłem pierwszą ranę...
Nie jestem wariatem i nie twierdzę, że po tym jak skończy się okres ochronny w Unii wykupią nas Niemcy, ale śpieszmy się kupować polską ziemię. Oby zostało jej dla nas, naszych dzieci i wnuków.
Co mówię jako człowiek wydziedziczony z ziemi na Mazowszu. A obecnie obywatel Podkarpacia.

dodano: 2010-01-17 00:47:01
kategorie: Silva rerum
komentarze (19) >>
Moja nowa muza

A więc stało się. Zrobiłem rzecz, którą od dawna chodziła mi po głowie i która musiała się kiedyś dokonać. Kupiłem konia.
Trudno komuś, kto jeździ od kilkunastu lat i codziennie pisze o koniach (bo wszak prawie prawie każdego dnia powstaje jakiś kawałek mojej prozy) - żyć bez ukochanego zwierzaka.
Koledzy po piórze trzymają zwykle w domach wypasione koty, jednak moją muzą jest koń. Albowiem nie ma Polaka bez konia, konia bez Polaka. Nie ukrywam, że nie jestem fanem dzisiejszego zniewieściałego jeździectwa, nie interesują mnie konkursy skoków i WKKU, podobnie jak nie cierpię końskich lesbijek i idiotek- nastolatek, które uważają się za najlepsze specjalistki od jazdy konnej, a raczej od gorącego wycierania siodeł własnymi siedzeniami.
Dla mnie koń to po pierwsze - polska tradycja kawaleryjska XVII wieku, a po drugie nasza historia. Dlatego właśnie kupiłem wierzchowca już ostrzelanego i przyzwyczajonego do szabli, lancy i kopii. Oczywiście konia rasy małopolskiej, której jestem wielkim fanem. Albowiem moim zdaniem, ze współczesnych koni ta właśnie rasa jest najbardziej zbliżona do koni polskich z XVII wieku.
Koń to klacz małopolska, a sama nazwa jest iście królewska i warta tysiąc czerwonych, albowiem nazywa się Potęga. Po ojcu jest, uwaga - Paszkwilu, a po matce Palecie.
Muszę przyznać, że kupując moją Małopolankę czułem się prawie tak, jakby zawierał małżeństwo. W jednej chwili mój stosunek do koni uległ ogromnej zmianie; co innego jest bowiem wsiąść na wierzchowca należącego do kogoś innego, z którego zawsze można zejść i nie zawracac sobie nim głowy, a co innego mieć własnego, z którym jest się związanym na dobre i na złe. W każdym bądź razie kiedy mi Potęgę przyprowadzono, to pomimo iż znam dobrze tego konia - bywałem na niej na inscenizacjach w Zamościu - czułem się tak jak Jacek Soplica, kiedy brał ślub - kto nie wierzy, proszę zajrzeć do "Pamiątek Soplicy".
Najmilsze zaś, że dorobiłem się własnego konia z książek wydawanych przez Fabrykę Słów, a konkretnie z "Samozwańca", za co Czytelnikom niezmiernie dziękuje. Tak czy owak mam nadzieję, że Potęgę uda mi się przywieźć na konwent Topriada 2010, gdzie zwykle miałem prelekcję o koniach w RPG z udziałem żywego modelu. Tym razem wreszcie ją zaprezentuję.

dodano: 2010-01-09 01:15:59
kategorie: Silva rerum
komentarze (23) >>
Przypisy do II tomu Samozwańca

Melduję, że cały II tom jest już w redakcji i teraz zabieram się za pisanie przypisów. W związku z tym pytanie do szanownych Czytelników. Czy mam w nich coś zmieniać? Na razie zakładam standardową formułę - jak w tomie pierwszym. A więc wszystkie trudne wyrazy (zwłaszcza ruskie, albo starocerkiewnosłowiańskie) są przetłumaczone na tej samej stronie, na której się znajdują. Natomiast omówienia i dygresje znajdują się na końcu książki.
Coś mam zmieniać, czy zostawić jak było? Ktoś chciałby więcej przypisów, albo bardziej szczegółowe? A może powinny być bardzo krótkie?
Starałem się też jak najwięcej wytłumaczyć w tekście, stąd można przypisów w ogóle nie czytać, ale lepiej zawsze szerzej omówić pewne rzeczy, zwłaszcza, że przy okazji opisywania husarii pokazałem dużo realiów XVII-wiecznego pola walki.

dodano: 2010-01-07 15:12:12
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (23) >>
 
 

Copyright 2009 Fabryka Słów