- Jadę do Irlandii
Informuję, ze w sobotę i niedzielę przebywać będę w Cork, w Irlandii, na zaproszenie tamtejszej Polonii. W sobotę od godz. 11 rozmawiać będę z Czytelnikami i rozdawać autografy w sklepie przy 10 Paul St., zaś o 18 przeniesiemy się do pubu Slate przy Tuckey St. na bardziej nieoficjalną część imprezy, w czasie której oddawać będziemy cześć św. Patrykowi.
Zapraszam
- Jak dowodziłem pospolitym ruszeniem
Zostałem niestety ranny w nogę na rekonstrukcji oblężenia Zamościa, więc z opóźnieniem siadam do pisania. Ominął mnie przez to wyjazd na Waterloo, ale za to w sobotę będę startował w zawodach militari w stajni Pa-ta-taj, w Kaniach Helenowskich, ul. Krótka, pod Warszawą i obozował razem ze Smoczą Kompanią.
Rekonstrukcja oblężenia Zamościa zaś dała mi tyle ciekawych spostrzeżeń odnośnie jazdy konnej panów braci, że chyba nasza wyprawa warta jest opisania. Albowiem nie byłem jeszcze nigdy świadkiem tak fatalnie zorganizowanego rajdu konnego. Powiem więcej, wreszcie zrozumiałem, co czuł Jan Chryzostom Pasek dowodząc pospolitym ruszeniem - nomen omen także na Lubelszczyźnie, tyle, że pod Bełżycami.
Zacznijmy po kolei: na rekonstrukcji oblężenia Zamościa dostawał konia kto chciał. Ja jechałem na własnym (tj. na Potędze), resztę wierzchowców pobrali moi zacni kompanionowie, z którymi osuszyłem niejedną beczkę piwa i gąsior miodu, ale których wcześniej w kulbace nie miałem okazji obserwować.
Rajd do Zamościa (prowadziliśmy konie z Tarki) wyglądał całkiem jak wyprawa XVII-wiecznych pospolitaków na Tatarów. Zaczęło się od tego, iż jeden z panów braci siadając na konia siadł nie w siodło, ale na zad, co zaowocowało staniem dęba i pierwszym upadkiem. Pobrawszy wszakże pośpieszną lekcję jazdy konnej udało mu się usadowić na grzbiecie i tak wyruszyliśmy do Zamościa - bagatelka w 9 koni.
Pierwsze co mnie spotkało, to chóralny okrzyk, abym nie ważył się jechać nie to, że galopem, ale nawet kłusem. Zgodziłem się i tak ruszyliśmy przez Roztocze wlokąc się niemiłosiernie. Nie obyło się bez upadków -
pewien rekordzista spadał aż 4, czy 5 razy (jechałem z przodu, więc już nie bardzo pamiętam), z czego ostatni raz prosto w kałużę.
Po drodze panowie bracia jak pospolitacy - zaczepiali dziewki, piliśmy też piwo, przeciwko czemu nie mam jako żywo żadnych obiekcji, o ile jeździec po wypiciu jest w stanie utrzymać się w kulbace. Kłopot w tym, że jakakolwiek próba ruszenia chodem szybszym niż stęp napotykała stanowcze veto panów kawalerzystów.
Jechaliśmy zatem stępa, co sprawiło, że ostatecznie spóźniliśmy się na całą imprezę. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Przez całą drogę panowie bracia cały czas coś gubili. A to szablę, a to pióro od czapki, ładownicę et caetera. Na szczęście jechał z nami Jasiek - młody pacholik JM Pana Jedlińskiego, który te wszystkie rzeczy podnosił, za co chwała mu wiekuista. Łapał też konie, ale o tym za chwilę.
Jedziemy tak tedy na Zamość przez wioski. Mnie piorun co chwila trafiał, bo ustawienie tej grupy bodaj w dwójki było syzyfową pracą. W końcu stwierdziłem, że musimy trochę rozruszać wierzchowce, bo były nieostrzelane (poza moją Potęgą), a koń zmęczony i mokry staje się znacznie łatwiejszy, podobnie jak kobieta.
Puściłem się zatem galopem. Trochę ścigałem się z Jaśkiem, który jechał na Pastorałce - siostrze mojej kobyły; niestety przegrałem o jakieś 6 metrów.
Ale kiedy wjechaliśmy na górę i zatrzymaliśmy się, a potem obejrzeliśmy na drogę za nami, oczom naszym ukazało się pobojowisko. Jakiś koń biega bez jeźdźca, ktoś szuka szabli, inny został kilometr dalej, jeszcze inny mija nas i wali w las, bo nie jest w stanie zatrzymać wierzchowca.
Po prostu nędza, biega, głód i mizeria. Pospolite ruszenie.
Pozbieraliśmy w końcu pospolitaków. Jeden twierdził, że taki cwał to przeżył pierwszy raz w życiu. Ja wiem, że nie każdy dobrze jeździ konno, jednakowoż uczestnictwo w rekonstrukcjach historycznych z udziałem broni prochowej wymaga, aby każdy konny uczestnik umiał kontrolować wierzchowca przynajmniej w każdym z trzech podstawowych chodów: stępie, kłusie i galopie. Dla bezpieczeństwa swojego i innych uczestników.
Jedziemy do Zamościa. Mijają godziny. Po drodze przeżyliśmy jeszcze: ucieczkę jednego konia (złapał Jasiek, po prostu cudem, bo wierzchowiec uchodził do stajni). Łąkę z bagniskiem, gdzieśmy się mało co nie potopili. Druty na polu, w których zaplątały się konie. Tu ja dosłownie modliłem się o cud, aby konie wyszły z tego cało.
Wyszły. Jeźdźcy takoż.
Dojechaliśmy spóźnieni. Niestety kilku osób zsiadło z koni i całą rekonstrukcję spędzili trzymając je w rękach.
Ja zaś pod koniec dostałem kopa od jakiejś kobyły oderwanej granatem od chłopskiego pługa i musiałem zjechać, zobaczyć co z nogą. Na pogadankę i spotkanie musieli mnie wsadzać na konia.
Najweselesze zaś, ze w poniedziałek wypuściłem się z Tarki na rajd konny i kiedy jechałem dokładnie tą samą trasą, którą przemierzaliśmy z pospolitakami, znajdywałem tu i ówdzie - a to pióro od czapki, a to złotego guza, a to kawałki żupana na krzakach.
Tak właśnie skończyła się wyprawa pospolitego ruszenia pod Zamość A.D. 2010.
- Spotkanie w Rzeszowie
Zapraszam na spotkanie ze mną 13 maja w Rzeszowie, w Filii Biblioteki Publicznej 7 przy ul. Osmeckiego 51 (w budynku Młodzieżowego Domu Kultury) o godzinie 11.
Ze względu na fakt, iż do poniedziałku muszę skończyć prace nad najnowszą książką, nie będę zostawał w stolicy Podkarpacia na dłużej, postaram się jednak odpowiedzieć na wszystkie pytania Czytelników. Ogłoszę też po raz pierwszy tytuł mojej nowej powieści, która ukaże się jeszcze w tym roku w Fabryce Słów. Oczywiście opowiem o niej dużo więcej niż mógłbym zawrzeć w najdłuższym nawet wpisie na stronie.
- Samozwaniec tom II już jest!
Miło mi donieść, że 2 tom cyklu Samozwaniec opowiadający o podboju Moskwy przez Polaków na początku XVII wieku, trafia właśnie do księgarń. Pomimo iż oficjalna premiera ma miejsce jutro, już od kilku dni można zamawiać go przedpremierowo w księgarniach internetowych.
Tom drugi przedstawia kontynuację losów Dymitra Iwanowicza i jego polskich popleczników od chwili przekroczenia granicy Moskwy aż do bitwy pod Dobryniczami w styczniu 1605 roku.
Poza tym wszystkim śpieszę donieść, że prawie skończyłem kolejną książkę, jestem obecnie na etapie pisania ostatniego rozdziału, który zakończę i wyślę do redakcji w przyszłym tygodniu.
Teraz pakuję konia do przyczepy i jadę na inscenizację Oblężenia Tykocina, bo nie mam już siły siedzieć nad komputerem. Będę w Tykocinie od piątku do niedzieli i chociaż nie przewiduję spotkania autorskiego, to jeśli ktoś potrzebuje autografu, albo chce się napić piwa miodu, lub czegoś mocniejszego od źródlanej wody - informuję, że będę prawie przez cały czas w obozie lub w stajni, przy Potędze.
- Na tropach Diabła Łańcuckiego
W najbliższą sobotę, o godzinie 12.30 w Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w warszawskich Łazienkach, które mieści się przy ulicy Szwoleżerów 9, odbędzie się spotkanie na którym będę mówił zarówno o Stanisławie Stadnickim z Łańcuta, jak i o zbliżającej się premierze II tomu Samozwańca.
Jeśli ktoś zatem potrzebuje autografu, albo chce ich kolekcję uzupełnić, zapraszam na spotkanie do Łazienek. Nadmieniam też, że w kolejnych tygodniach zamierzam odwiedzić kolejno Tykocin, Korytów koło Zalesia, Rzeszów i Targi Książki w Warszawie, o czym będę informował na bieżąco na stronie.
Kończę powoli prace nad nową książką, mam nadzieję, że po 3 maja wreszcie będę mógł posłać ją do druku. Wszystko zależy od pogody - jeśli w najbliższą sobotę i niedzielę będzie lało, nie będzie chciało mi się siadać na koń, więc będę miał więcej czasu na pisanie.
- Nowe szaty Samozwańca
Już od jutra niniejsza strona dostępna będzie w nowej wersji. Przede wszystkim pojawią na niej informacje o kolejnym tomie Samozwańca, który ukaże się w księgarniach 7 maja. Serwis zostanie odnowiony i przebudowany, tuż przed premierą pojawi się także mapa pokazująca kolejny etap wyprawy Dymitra Iwanowicza po carską koronę.
Przepraszam, za brak wpisów, ale pilnie pracuję nad nową książką, której tytuł ogłoszę dopiero po premierze II części Samozwańca. Poza tym ostatnie wydarzenia i żałoba narodowa nie wprowadzają mnie w nastrój dobry do prowadzenia jakichkolwiek dyskusji.
- Piorun w Polskę
Jak Polska Polską, nigdy w nią nie uderzył piorun straszniejszy...
Jakub Łoś
Zaniedbałem blog, z braku czasu - chciałem bowiem już za chwilę ogłosić, że pracuję nad nową powieścią, która ukaże się jeszcze w tym roku.
Jednak w obliczu dzisiejszej katastrofy nie mogłem nie skreślić choćby kilku słów.
Teraz już wiemy co mogli czuć dawni Polacy pod bitwie pod Batohem. Po 1 i 17 września 1939 roku. Po Cecorze, po upadku powstania warszawskiego i Warszawy 6 września 1831 roku.
Cokolwiek bym jednak napisał, napisałbym o jedno słowo za dużo.
Cześć pamięci Prezydenta RP i wszystkich, którzy zginęli w katastrofie w Smoleńsku.
Jacek L. Komuda
- Traktat szermierczy
Choć to dziwnie brzmi, ale wkrótce zaczynam pracę nad traktem szermierczym poświęconym próbie odtworzenia walki szablą tak jak wyglądała ona w XVII wieku.
Oczywiście nie uważam się za mistrza szabli, zatem nad książką będę pracował razem z Krzysztofem Brojkiem, szermierzem i autorem ilustracji do "Samozwańca". Nie podam własnych zasad walki, bo ich nie wymyśliłem. Moja rola będzie zatem specyficzna i polegać będzie przede wszystkim na zebraniu całej dotychczasowej wiedzy o szermierce historycznej szablą polską z XVI-XVIII wieku wykorzystując źródła historyczne, traktaty, a także rozmowy z szermierzami.
Wszystkie dotychczasowe traktaty tworzone były przez samych mistrzów szabli, którzy nie zawsze potrafili pisać i tym samym przekazać wiedzę w sposób zrozumiały dla Czytelnika. Ja ich zastąpię - będę ich skrybą; spiszę co mają do powiedzenia, godząc sprzecznosci i wyciągając wnioski.
Pracę rozpoczynam wkrótce, przy czym trwać będzie ona długo - być może przez lata. Nie spodziewajcie się zatem tej książki za kilka miesięcy. Jednak dzieło wydaje mi się godne uwagi i wysiłku.
- Respons
Łaskawym, sławetnym i pracowitym Panom Przyjaciołom, Organizatorom Kłuszyna 2010
Proszę WMMPanów, leżałem chory przez tydzień, a tu już woźny przyniósł mi cały plik protestacji, pozwów i odpowiedzi. Skoro tedy nie zdołałem poszczuć go psami, albo kazać zjeść pisma na surowo – jak sąsiad pana Paska zająca - pozostaje tylko chwycić za pióro, aby odpisać na zarzuty. Nie trzeba mnie sczypać dekretami: sam odpowiem na wszystko.
A zarzucają mi łaskawi panowie przyjaciele, organizatorzy imprezy że ich szkaluję obrzydliwymi paskwilusami, że ujadam na ich wielką i historyczną imprezę niemal jak Diabeł Łańcucki na Przenajświętrzą Panienkę, zarzucając trzy rzeczy:
Primo:
Iż na polu bitwy będzie spieszona i ujmijmy to tak: „filmowa” husaria
Śpieszę zatem wyjaśnić, że o spieszonej husarii, dowiedziałem się nie z innego źródła, jak tylko z samej strony poświęconej Kłuszynowi, kto nie wierzy, niechaj zajrzy na: http://www.kluszyn1610.pl/?page_id=1407. Jest tam mowa o spieszonej husarii na polu bitwy.
Oczywiście rzecz nie jest niehistoryczna – bywały przypadki, w których husaria zsiadała z koni, choć niechętnie. Tak było np. w roku 1604 w czasie pierwszej Dymitriady, podczas Szturmów Nowogrodu Wielkiego, wspomina o tym Stanisław Borsza w swoim pamiętniku.
Pytanie tylko po której stronie ma stawać owa spieszona husaria? Polskiej czy może Moskiewskiej? Bo to zakrawa na krotochwilę, której by nawet Samuel Łaszcz nie wymyślił.
Co do udziału „filmowej husarii”, autorzy imprezy przyznają, że zrezygnowali z tego pomysłu. Cześć im i chwała za to, bo wcześniej od innych uczestników inscenizacji dowiedziałem się, że po stronie polskiej będą bić się husarze w plastikowych zbrojach.
Secundo:
W poprzednim moim pisaniu wysunąłem zarzut, że organizatorzy wszystkich nie będących husarzami ustawiają po stronie Moskali, zostawiając po stronie polskiej tylko wspomnianą formację. Podczas gdy dostępne opracowania i źródła historyczne wspominają o udziale lekkiej jazdy i jazdy kozackiej (czyli późniejszej pancernej) po stronie polskiej, co sprawia, że inscenizacja nie jest historyczna.
Łaskawi i pracowici przyjaciele Organizatorzy odpisali mi, że czynią tak, aby oddać w pełni przewagę liczebną, jaką miały nad siłami polskimi połączone armie moskiewska i szwedzka. Rodzi się jednak pytanie, dlaczego, skoro już chcą być tak mocno poprawni historycznie, po prostu nie skorzystali z najprostszego rozwiązania: nie zaprosili na inscenizację autentycznych rosyjskich oraz białoruskich grupy odtwarzających strzelców moskiewskich oraz konnicę? Wszak oni aż palą się do walki z Lachami za wiarę i prawosławną cerkiew. A argumenty natury ideologicznej można odrzucić – nie spotkałem w życiu Rosjanina, który by był dzisiaj obrażony za nasze zwycięstwo pod Kłuszynem i jeśli jest rekonstruktorem nie chciał przyjechać na Kłuszyn za to, żeśmy spalili Moskwę w 1611 roku. A jak jechałem do Kostromy obejrzeć pomnik Susanina, to mnie jak ów chłopek wojsko polskie, także chcieli utopić - tyle, że w gorzałce.
Poza tym aby odtworzyć wojsko moskiewskie można było sięgnąć do grup prezentujących ruskich bojarów i wojów z XIV i XV wieku, których jest kilka nawet w Polsce, a zatrzęsienie na Ukrainie i Białorusi – oczywiście po pewnej weryfikacji uzbrojenia i zamianie mieczy na szable. Prawdą jest bowiem, że uzbrojenie moskiewskiej jazdy dworzańskiej nie zmieniło się znacząco od średniowiecza, powszechny był brak broni palnej, częste używanie kaftanów, a nie pancerzy.
Tymczasem na polu bitwy pod Kłuszynem zobaczymy husarię atakującą… spieszone pospolite ruszenie szlacheckie! - które ani wyglądem, ani zwyczajami nie przypominało ówczesnej armii moskiewskiej. Nie wątpię, że organizatorzy bitwy, a zwłaszcza JM Pan Sikora, którego książki o husarii wielce cenię, wiedzą jak wyglądały chorągwie dworiańskiej konnicy i jakiego typu pancerzy używały.
Kłuszyn zatem będzie historyczny tylko z jednej strony – polskiej i mam wrażenie, że cała impreza organizowana jest tylko i wyłącznie dla husarii.
Tertio:
I wreszcie argument, który spadł na mnie jak żelazny posoch Iwana Groźnego na głowy opryczników. Sławetni Panowie Organizatorzy piszą, że wbrew moim słowom pod Kłuszynem nie było innej jazdy niż husaria, bo…. tak właśnie podaje JMPan Sikora w swojej książce.
Kłopot w tym, ze książka ta nie została jeszcze wydana, zatem tez tych nie można w żaden sposób zweryfikować. A jeśli już monografia owa ma być argumentem w rzeczowej dyskusji, a nie internetowej przepychance, to należałoby podać źródła historyczne, które wedle Organizatorów pokazują JEDYNY I OSTATECZNY skład armii polskiej pod Kłuszynem. Chyba, ze inscenizacja bitwy pod Kłuszynem 2010 służyć ma niczemu innemu, tylko udowodnieniu tez z książki JMPana Sikory.
Ja moje źródła informacji na temat obecności pod Kłuszynem innych formacji poza husarią wymieniam poniżej. Poza pamiętnikami Stanisława Żółkiewskiego, jest to przede wszystkim najnowsza monografia bitwy „Kłuszyn 1610” Roberta Szcześniaka, która wyraźnie wspomina o udziale chorągwi kozackich, a w aneksie (strona 123) podaje skład wojsk Stanisława Żółkiewskiego, wśród których są roty kozackie.
Chorągwie i roty uczestniczące w bitwie wymienione są również w dokumentach z ASK (Archiwum skarbu koronnego) w AGADZie- w Warszawie, w pamiętnikach Maskiewicza i Marchockiego. Niestety pełnego komputu chorągwi spod Kłuszyna nie znalazłem w polskich archiwach, nie wierzę, by był się w rosyjskich.
Na temat tego, czy w Pułku Aleksandra Zborowskiego byli kozacy i czy Żółkiewski zostawił ich pod Carowym Zajmiszczem możemy dyskutować ad mortuum defecatum, bo chociaż znany jest skład pułku Zborowskiego, to nie wiadomo jakie chorągwie go tworzyły (husarskie czy kozackie). Dyskusje takie toczą się nie od dziś, tylko od 50 lat na każdym seminarium magisterskim czy doktorskim historyków.
Kończąc zaś nadmieniam, że to co piszę na blogu nie jest i nie było w żadnym wypadku oficjalnym stanowiskiem Towarzystwa Jazdy Dawnej, którego jestem członkiem, bo i takie głosy się pojawiły.
Dodaję też, że wcale nie stroję fochów, jak sugerują to Łaskawi Panowie Organizatorzy i jestem w stanie brać udział w rekonstrukcjach po różnych stronach konfliktu, jeśli stoją za tym względy historyczne i merytoryczne. Nie robię na ten przykład scen, że pod Komarowem przyjdzie mi grać bolszewika, bo nie stać mnie na mundur i oporządzenie polskiego kawalerzysty z 1920 roku (a przecież nasza dzielna kawaleria musi mieć kogoś bić). Ale kiedy pod Kłuszynem okazuje się, że mając własnego konia i moderunek towarzysza kozackiego nie mogę stanąć po stronie polskiej, bo takie jest widzimisię organizatorów, którzy powołują się w dodatku na informacje z niewydanej książki, mam prawo nie kryć irytacji.
Równie byłbym zniesmaczony, gdyby mi pod Gniewem kazali w kolczudze i misiurce stawać jako gwardzista Gustawa Adolfa.
Oczywiście prawem Organizatorów jest ustawiać uczestniów inscenizacji gdzie i jak chcą, a nawet zapraszać na pole bitwy różową kawalerię na niebieskich kucykach. Tylko, że w takim wypadku imprezy takiej nie można nazwac historyczną rekonstrukcją bitwy.
Waszych Mości Sługa i brat
Jacek L. Komuda
- Kłuszyn 2010 bez Komudy!
Tak jest Mości Panie i Panowie stała się rzecz przykra, lecz jakże niestety prawdziwa (zwłaszcza w realiach warszawskich). Nie będę uczestniczył w tym roku w wielkiej inscenizacji bitwy pod Kłuszynem w 1610 roku - największego zwycięstwa nad Moskwą w XVII wieku.
A wszystko z przyczyn całkowicie prozaicznych - organizatorzy nie dopuszczają do uczestnictwa po stronie polskiej żadnych grup rekonstrukcyjnych za wyjątkiem husarii. Zatem ja, skromny towarzysz pancerny z Towarzystwa Jazdy Dawnej, mający w dodatku własnego, ostrzelanego konia przygotowanego do rekonstrukcji historycznych, autor pierwszej od wielu lat powieści poświęconej wojnom polsko-moskiewskim, w tym tomu drugiego, opisującego pierwsze szarże husarii - mam grać w bitwie Moskala. A wszystko dlatego, że zapisany jestem w regestrze chorągwi pancernej, a nie husarskiej.
Ja jeszcze bym ścierpiał taki afront, gdyby na polu walki faktycznie pojawiła się choć jedna pełna chorągiew husarska i zaćmiła nas - pancernych swoim blaskiem. Ale z tego, co się dowiedziałem, po stronie polskiej ma, obok doborowych rot z Gniewu i Sandomierza, wziąć udział husaria w plastikowych (filmowych) zbrojach, a nawet tzw. spieszona husaria - czyli jak mniemam husarze, którzy mają owszem zbroje, ale konno jeździć nie potrafią (to by się zdumiał Żółkiewski mając taką husarię pod Kłuszynem).
Zaznaczam, że nigdy w inscenizacjach nie żądam broń Boże jakiejś specjalnej roli dla siebie - nic ponadto, aby mi pozwolono na własnym koniu i z własną bronią walczyć po polskiej stronie - i to wcale nie w pierwszym szeregu. Natomiast w przypadku Kłuszyna 2010 zbuntowałem się, bo po napisaniu dwóch tomów Samozwańca, de facto pierwszej polskiej powieści historycznej opisującej husarie i wojny polsko-moskiewskie nie będę odgrywał mużyka cara Szujskiego.
Dodajmy do tego także przyczyny historyczne: na 7000 jazdy i 200 piechoty, pod Kłuszynem brało udział około 1000 jazdy kozackiej (póżniejszej pancernej) plus pułk Aleksandra Zborowskiego, który przynajmniej w połowie mógł być złozony z chorągwi kozackich polskich - czyli kolejne 1500 koni. Oznacza to, że obecność kozaków (pancernych) po stronie polskiej jest całkowicie historyczna.
Nadmienię ponadto, że kiedy warszawscy organizatorzy okazują się niezmierną arogancją wobec mojej chorągwi pancernej, jesteśmy jako pancerni bez żadnych przeszkód zapraszany na różne imprezy lokalne (i to razem z końmi), jak Tykocin, Zamość, a pewnie pojawię się i na Gniewie.
To wszystko pokazuje, dlaczego chciałbym w końcu opuścić naszą stolicę i osiąść tam, gdzie moje miejsce.
Kłuszyna zaś z wymienionych wyżej przyczyn, jako imprezy historycznej polecić nie mogę.
- Wróciłem do Ziemi Sanockiej
A teraz wieść, którą zapowiadałem już jakiś czas temu. Wróciłem, gdzie powinienem być, a więc tam, gdzie rozgrywa się akcja moich opowiadań - do Ziemi Sanockiej i Przemyskiej. Za honoraria z moich książek zakupiłem dwie rzeczy, które są niezbędne szlachcicowi polskiemu. Pierwsza to koń, o którym pisałem. Druga to ziemia. Zostałem bowiem właścicielem, gruntu, a raczej spłachetka (niecałe 1,5 hektara) - jak by to powiedziano w XVII wieku - w Bachowie koło Dubiecka, na pograniczu Ziemi Przemyskiej i Sanockiej dawnego województwa ruskiego.
Na razie nie ma tam nic poza polem, siedliskiem po dawnym domostwie i kilkunastoma tonami śniegu. Jednak jeśli Fortuna, moi wydawcy, a nade wszystko Czytelnicy będą mi sprzyjać, zacznę stawiać tam dwór.
Powrót w tamte strony (piszę powrót, bo chociaż urodziłem się w Warszawie, to poprzez książki związałem się bardziej z Ziemią Przemyską i Sanocką) jest trochę jak odkrywanie krainy z dawnego snu. Pamiętam jak jechałem oglądać tę i inne nieruchomości. Patrząc na nazwy mijanych wiosek (z których większość starsza jest niż Warszawa) tylko wspominałem gdzie była zwada, gdzie zajazd, bitwa, potyczka, a w jakim miejscu skończył życie ten czy inny warchoł i zawalidroga. Dubiecko, Nienadowa, Szklary, Łańcut, Dydnia, Niewistka... Te wioski przywołują dawne wspomnienia.
Tak chyba powinna zaczynać się kolejna część "Nieśmiertelnego" - Connor McLeod jedzie samochodem w deszczu z agentką nieruchomości kupić sobie ziemię w Szkocji i kiedy ona opowiada mu o mijanych domostwach i polach wystawionych na sprzedaż, on przypomina sobie - że właśnie tutaj pobilismy McCulhanów. Tam była sroga bitwa z O'Calannami. A na tym polu odniosłem pierwszą ranę...
Nie jestem wariatem i nie twierdzę, że po tym jak skończy się okres ochronny w Unii wykupią nas Niemcy, ale śpieszmy się kupować polską ziemię. Oby zostało jej dla nas, naszych dzieci i wnuków.
Co mówię jako człowiek wydziedziczony z ziemi na Mazowszu. A obecnie obywatel Podkarpacia.
- Moja nowa muza
A więc stało się. Zrobiłem rzecz, którą od dawna chodziła mi po głowie i która musiała się kiedyś dokonać. Kupiłem konia.
Trudno komuś, kto jeździ od kilkunastu lat i codziennie pisze o koniach (bo wszak prawie prawie każdego dnia powstaje jakiś kawałek mojej prozy) - żyć bez ukochanego zwierzaka.
Koledzy po piórze trzymają zwykle w domach wypasione koty, jednak moją muzą jest koń. Albowiem nie ma Polaka bez konia, konia bez Polaka. Nie ukrywam, że nie jestem fanem dzisiejszego zniewieściałego jeździectwa, nie interesują mnie konkursy skoków i WKKU, podobnie jak nie cierpię końskich lesbijek i idiotek- nastolatek, które uważają się za najlepsze specjalistki od jazdy konnej, a raczej od gorącego wycierania siodeł własnymi siedzeniami.
Dla mnie koń to po pierwsze - polska tradycja kawaleryjska XVII wieku, a po drugie nasza historia. Dlatego właśnie kupiłem wierzchowca już ostrzelanego i przyzwyczajonego do szabli, lancy i kopii. Oczywiście konia rasy małopolskiej, której jestem wielkim fanem. Albowiem moim zdaniem, ze współczesnych koni ta właśnie rasa jest najbardziej zbliżona do koni polskich z XVII wieku.
Koń to klacz małopolska, a sama nazwa jest iście królewska i warta tysiąc czerwonych, albowiem nazywa się Potęga. Po ojcu jest, uwaga - Paszkwilu, a po matce Palecie.
Muszę przyznać, że kupując moją Małopolankę czułem się prawie tak, jakby zawierał małżeństwo. W jednej chwili mój stosunek do koni uległ ogromnej zmianie; co innego jest bowiem wsiąść na wierzchowca należącego do kogoś innego, z którego zawsze można zejść i nie zawracac sobie nim głowy, a co innego mieć własnego, z którym jest się związanym na dobre i na złe. W każdym bądź razie kiedy mi Potęgę przyprowadzono, to pomimo iż znam dobrze tego konia - bywałem na niej na inscenizacjach w Zamościu - czułem się tak jak Jacek Soplica, kiedy brał ślub - kto nie wierzy, proszę zajrzeć do "Pamiątek Soplicy".
Najmilsze zaś, że dorobiłem się własnego konia z książek wydawanych przez Fabrykę Słów, a konkretnie z "Samozwańca", za co Czytelnikom niezmiernie dziękuje. Tak czy owak mam nadzieję, że Potęgę uda mi się przywieźć na konwent Topriada 2010, gdzie zwykle miałem prelekcję o koniach w RPG z udziałem żywego modelu. Tym razem wreszcie ją zaprezentuję.
- Liga starych dziadów, czyli refleksje po meczu
Nie lubię piłki nożnej. Nie dlatego, że mam coś przeciwko temu sportowi, ale po prostu niemożebnie denerwuję się, że nasza reprezentacja znowu przegrała decydujący mecz. A jak się zdenerwuję - wiadomo, trzeba rozładować nerwy dobrze schłodzonym piwem. Zaś kiedy się napiję, nie mogę dalej pisać.
Śledziłem wczoraj mecz Czechy - Polska, na którym poległa nasza myśl szkoleniowa i przypomina mi się jako żywo sytuacja panująca w latach 90. na rynku książki w naszym kraju. Tak jak ja nie mogłem przebić się z własną wizją I Rzeczypospolitej, tak zakładam i teraz nowoczesna myśl szkoleniowa nie może przebić się przez warstwu PZPN-owego betonu. Polskim Związkiem Piłki Nożnej rządzi liga starców, sękatych dziadów, którzy wiedzą najlepiej, że aby osiągnąć mistrzostwo, to trzeba grać jak drużyna Kazimierza Górskiego w Monachium. Kłopot w tym, że piłka nożna od roku 1972 nieco się zmieniła i trudno wygrać mecz stosując taktykę sprzed 37 lat.
Taką samą mafię starców spotykałem w latach 90. w polskich wydawnictwach - w Supernowej, w Iskrach, w WAB-ie, w wielu innych domach wydawniczych. Odrzucali moje ksiażki, bo przecież Sienkiewicz... Bo przecież ten, czy inny autorytet stwierdził, że literatura historyczna umarła, albo, że taki lub ów sędziwy pisarz pisał powieści historyczne 30 lat temu, więc czego ty tu chcesz, panie Komuda?
Nie twierdzę broń Boże, że owa Liga starców ma jakiś związek z wiekiem, bo spotkałem wielu ludzi będących rówieśnikami owej "kliki starych dziadów" godnych najwyższego szacunku. Sądzę bardziej, że jest ona pozostałością komunizmu, gdzie powstawały różne sitwy i koterie wyzyskujące władzę w celu realizacji własnych celów.
Jednak rynek polskiej książki znormalniał, kiedy weszły na niego nowe wydawnictwa promujące dotąd nieznanych autorów wedle zasad wolnorynkowej gospodarki. Kiedy ktoś zrobi wreszcie porządek z polską piłką nożną? Rozwiąże PZPN i dopuści do naszej drużyny prawdziwych selekcjonerów? Obawiam się, że będzie to miało miejsce dopiero wówczas kiedy piłkarski beton - jak Grzegorz Lato i jemu podobni Dziurowicze tudzież Szpakowscy przeniosą się wreszcie do krainy wiecznych łowów. Czyli za jakieś 20 lat.
- Opowieści z Dzikich Pól wznowione!
Długo nie pisałem, za co przepraszam, ale całkowicie pochłaniało mnie nie tyle pisanie "Samozwańca", co nowej mikropowieści do najnowszej, jeszcze nie zapowiedzianej antologii Fabryki Słów. O tym wszystkim jeszcze napiszę szerzej, bo z tekstem, nad którym właśnie skończyłem pracować wiążę dość szerokie nadzieje... Ale o tym już wkrótce.
Tymczasem ukazało się kolejne, trzecie już wznowienie "Opowieści z Dzikich Pól", mojego debiutanckiego zbioru opowiadań, którego pierwsze wydanie ukazało się równo 10 lat temu w wydawnictwie Alfa. Nie powiem, mam do "Opowieści..." podejście sentymentalne, ale dziś uważam je za młodzieńcze opowiadania. Z czym jednak nie zgadza się Jacek Dukaj, więc mając jego rekomendację mogę śmiało polecić ten zbiorek.
A jednocześnie informuję, że w sobotę i niedzielę przebywał będę w Niepołomicach, gdzie 26 września na zamku, o godzinie 18.30 odbędzie się spotkanie autorskie. Zapraszam.
- Dlaczego nienawidzę Sienkiewicza
Odpowiedź jest prosta - bo stał się symbolem pewnej generacji ludzi dorastających w komunistycznej Polsce, którzy - mówiąc intelektualnie - próbowali zawłaszczyć sobie jedyną i słuszną wersję polskiej historii.
Tłumacząc zaś obrazowo: Trylogia jest dla mnie znakiem rozpoznawczym zarówno ludzi związanych z komuną, jak i z nią walczących - których połączyła wspólna, internacjonalna można by rzec - niechęć do mojej wersji historii pierwszej Rzeczypospolitej.
Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90., kiedy chodziłem po różnych wydawnictwach usiłując wydać "Wilcze Gniazdo" i napotykałem na mur niechęci. Wszyscy bowiem wydawcy jak jeden mąż twierdzili, że moja powieść nie ma szans na zaistnienie, bo przecież istniał już wielki, niepodważalny, jaśniejący jak gwiazda na firnamencie Henryk S. Bo przecież zbrodnią i świętokradztwem byłoby opublikować coś, co podważa wizję takiego Autorytetu!
Piszę to wszystko już po lekturze najnowszej książki Rafała Ziemkiewicza - "W skrócie", w której przedstawia on dość szczególną wizję polskiej sceny politycznej, medialnej i kulturalnej. Oto usiłuje rządzić nią Salon - środowisko twórców, dziennikarzy i polityków skupionych wokół Gazety Wyborczej, którzy bez przerwy odwołują się do tak zwanych Autorytetów, mówiących, że zacytuję Ziemkiewicza wprost: "narodowi, co ma myśleć, czego słuchać, z czego rechotać, przed kim się ukorzyć" itd. Takim właśnie Autorytetem był jednak w czasach, kiedy miałem kłopoty z Wydawcami Henryk Sienkiewicz i do niego bez przerwy się odwoływali wydawcy w rozmowach ze mną.
Sytuacja, której byłem wówczas świadkiem pokazuje dobitnie, że rzekomy, wspominany przez Ziemkiewicza Salon istnieje nie tylko u boku Gazety Wyborczej, ale także na prawicy i w tej części środowisk postsolidarnościowych, które z "Wyborczą" nie mają nic wspólnego. Tak naprawdę mam wrażenie, że atakowany zajadle przez autora "W skrócie" Adam Michnik i jego środowisko, nie za bardzo różni się od grup związanych ze "Wprostem", "Dziennikiem" czy "Rzeczypospolitą", za czasów gdy współpracował z nią rzeczony Ziemikiewicz. Wszystko to są po prostu sitwy popierające tylko "swoich" i zajadle atakujące przeciwników. Tym zas co ich łączy - jest fakt, że jedni i drudzy są unurzani aż po szyję w rozliczeniach i układach z czasów komuny. I nic innego nie są w stanie zaoferować Polsce i społeczeństwu.
Dowód na prawdziwość moich słów? Jest dość zaskakujący. Otóż nie będąc wcale człowiekiem lewicowych poglądów, gardząc wszelakimi układami, sitwami i salonami (chętnie bym do któregoś wjechał konno, jak Wieniawa do Adrii), spotkałem się jednak kilkakrotnie z życzliwym przyjęciem owej znienawidzonej przez Ziemkiewicza "Gazety Wyborczej", która do czasu premiery "Michnikowszczyzny" zamieszczała nie tylko recenzje, ale nawet wywiady ze mną przy okazji pojawiania się "Galeonów Wojny czy "Diabła Łańcuckiego". Nie muszę dodawać , że żadne z prawicowych mediów, jak "Wprost" czy "Rzeczpospolita" nie poświęciło mi bodaj ćwierci szpalty, a moje książki wysyłane do nich do recenzji giną niby w otchłani - jak polskie zboże w XVII-wiecznym Chłańsku.
Dziś rzecz oczywista pokazać mogę wszystkim mediom, czarnym, białym, różowym czy fioletowym gest JM Kozakiewicza. Jak nie chcą, to mogą wcale o mnie nie pisać, nie sądzę aby w jakiekolwiek sposób podnieśli mi nakład. Albo sprawili, iż moje książki przestaną się sprzedawać, bo moją pozycję zawdzięczam tylko i wyłącznie Czytelnikom. Milczenie mediów może być mi nawet na rękę, bo chroni mnie od pokusy, by mówić poprawnie politycznie komunałki (w nadziei, że nie podpadnę nikomu) zamiast gorzkiej i brutalnej prawdy.
Bo i co mogą mi w takiej sytuacji zrobić? Zabrać dotację na książkę? Zabrać stypendia? Jakie stypendia? Jakie dotacje?! Ja przecież żyję z wydawania książek!
Wracając jednak do Sienkiewicza i moich perypetii z wydawaniem "Wilczego Gniazda" w latach 90., to rzecz ciekawa, ale niechęć do mojej twórczości i powoływanie się na Autorytet Sienkiewicza połączyło przeciwko mnie zarówno prawicowych, jak lewicowych wydawców. Podobnie przyjmowano mnie w post-solidarnościowej Supernowej, jak i w Iskrach i innych wydawnictwach, gdzie stołki i władzę dzierżyli jeszcze dawni towarzysze lub ludzie dyspozycyjni wobec partii.
Sienkiewicz w moim mniemaniu jest zatem znakiem starej, wymierającej powoli elity kulturalnej Polski, która żyje jedynie obrachunkami z komuną i nie jest w stanie nic ciekawego przekazać młodym pokoleniom Polaków. Owszem zrobi kolejny Katyń, albo inną literature/film/publikację historyczno-martyrologiczną, ale nie położy w ten sposób ani cegiełki pod odbudowę dawnej Rzeczypospolitej. Generacja owa (a raczej pewna jej część, bo wśród pokoleń, o których piszę jest bardzo wiele rozsądnych ludzi) cytuje Sienkiewcza na wyrywki, jak pacierz, albo czerwoną książeczkę tow. Stalina. Czyni to zarówno lewicujący Andrzej Sapkowski, jak i prawicujący Marcin Wolski. Post-solidarnościowy Mirosław Kowalski z Supernowej, jak i towarzysz Wiesław Uchański z Iskier. Ubecy, przypucowujący się jako polscy patrioci, jak i autentyczni działacze solidarnościowego podziemia.
Dlatego właśnie nie lubię Sienkiewicza, od którego oczywiście zaczynała się moja przygoda z XVII-wiekiem. To znak, symbol tego co niezmienne, jak niewzruszony miał być w Polsce komunizm. Poza powyższymi zadecydowały o tym także względy historyczne. Otóż kiedy zacząłem studiować historię, zabrałem się za czytanie źródeł. To znaczy listów, pamiętników, dawnych kronik i diariuszy z czasów powstania Chmielnickiego. I wtedy zobaczyłem, że historia przedstawiona tak jednostronnie w "Ogniem i Mieczem" ma jednak drugą stronę medalu.
I powiedziałem sobie: nigdy więcej sienkiewiczowszczyzny.
Czemu jestem wierny do dziś.
- 15 sierpnia roku pamiętnego
Jutro 15 sierpnia, dzień wielkiego zwycięstwa z 1920 roku - tym razem nad Moskalami przybranymi dla odmiany w budionnówki i kolejny raz niosącymi ku Europie nowy, szcześliwy ustrój polityczny, którego zgniły zachód oczywiście nie rozumiał. Więc trzeba było zaprowadzać go pod bagnetami i lufami karabinów.
Ja jak zwykle świętuję Bitwę Warszawską na defiladzie, która wyjdzie o jakiejś 11 z Placu Teatralnego. Jadę z 1 pułkiem szwoleżerów napoleońskich (tych spod Somosierry), na małym, karym koniku zwanym Cnotka (wbrew nazwie to kobyła, co niejednego wałacha cnoty pozbawiła), o ile oczywiście Dariusz Senator nie dowiezie mi ze stajni w Radzyminie zamiast niej jakiegoś głupiego folbluta.
W tym roku nie wiem dlaczego najpierw będzie szła piechota, a dopiero po niej kawaleria (ponoć dlatego, że piechurzy nie chcą chodzić po końskich bobkach :)). My szwoleżerowie rozpoczynamy w parku Saskim, gdzie też rano, około godziny 9 obejrzeć można będzie jak siodłamy konie i troczymy na sposób napoleoński.
Zapraszam.
Bądźmy lepszymi patriotami niż Rafał Ziemkiewicz, który pisze we "W skrócie", że dla Rzeczypospolitej nie poświęciłby nawet drugiego śniadania.
Ale o Ziemkiewiczu napiszę więcej, jak już szczęśliwie wrócę z defilady.
- Jadę na Toporiadę
Od najbliższego czwartku (czyli 6 sierpnia) będę na Toporiadzie, superkonwencie, który odbywa się pod namiotami w miejscowości Fryszerka pod Tomaszowem Mazowieckim (po szczegóły odsyłam na stronę: www.topory.org).
Toporiada jest bez wątpienia konwentem wyjątkowym. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to pierwszy konwent, na który w zeszłym roku WJECHAŁEM KONNO, tak to nie przejęzyczenie. Wszystko dlatego, że Toporiada odbywa się na łonie natury i zwykle mam na niej punkt programu pt. Koń w RPG, prelekcja z udziałem żywego modelu. Tak więc biorę sobie wierzchowca z pobliskiej stajni i przyjeżdżam na nim na spotkanie.
Najważniejsze zaś, iż na Toporiadzie, bardzo chętnie spotykam się z Czytelnikami przy kuflu pienistego napoju, którego na owym konwencie nie brakuje (janczarzy Śląskiego Klubu Fantastyki mogą już dopisać mi kolejny krzyżyk na swojej czarnej liście za rozpijanie polskiego fandomu).
Na tegorocznej Toporiadzie będę miał oczywiście w piątek spotkanie autorskie i pokaz konny - przy czym w tym roku organizatoirzy obiecali mi konia kawaleryskiego, przywyczajonego do szabli i kopii, zabieram zatem cały rząd koński, kulbakę, czaprak i ogłowie nabijane kamieniami. Wszystko zależy tak naprawdę od konia - jeśli okaże się przyzwyczajony do walki, to może uda mi się w piątek pokazać jakąś małą scenke z walki konnej. Jeśli nie, to po prostu opowiem o dawnej jeździe konnej. Tak czy owak na konwent Toporiada zapraszam.
- Galeony Wojny otrzymały nagrodę im. Teligi
Miło mi donieść, że moja marynistyczna powieść o bataliach polskiej floty w XVII wieku otrzymała nagrodę im. Leonida Teligi przyznawaną przez miesięcznik "Żagle". Niezmiernie cieszy mnie, że książka będąca dziełem urodzonego kawalerzysty i zaledwie skromnego teoretyka dawnej żeglugi została doceniona przez środowisko żeglarzy. Oznacza to, że chyba jednak udało mi się odtworzyć nie tylko realia XVII-wiecznych podróży morskich, ale i klimat dawnych okrętów.
A mi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko kontynuować tematy marynistyczne i zaraz po zakończeniu "Samozwańca" powrócić znowu do wantów i brasów, do głębokich wód i uskrzydlonych okrętów. Zapowiadam: będę kontynuował tematykę marynistyczną i być może "Galeony Wojny" doczekają się kolejnych tomów...
Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się 8 sierpnia w Gdyni, w restauracji w centrum handlowym GEMINI (przy Skwerze Kościuszki) o godzinie 20.00. Zapraszam.
- Jadę do Nidzicy
Od jutra (czwartek, 11 czerwca) przebywać będę w Nidzicy na XVI Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki. Jutro o godzinie 12.30 w Galerii pod Belką na Zamku będę mówił m. in. o "Samozwańcu" i innych sprawach związanych z moimi książkami.
Zapraszam oczywiście także na piwo, które jest nieodłącznym elementem wszelakich spotkań o literaturze i historii. Czasu na rozmowy będzie sporo, bo w Nidzicy przebywać będę do niedzieli.
- Z Hitlerem na Moskwę
Skoro niektórzy rosyjscy publicyści twierdzą, że winę za wybuch II wojny światowej ponosi Polska - kto nie wierzy, niechaj zerknie tutaj - tedy warto zastanowić się nad kwestią, która od lat spędza sen z powiek historykom. Co by się stało, gdyby w 1939 roku Polska przyjęła ofertę Hitlera? A przypomnijmy, że było to nie tylko żądanie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i wydzielenie przez Pomorze eksterytorialnego "korytarza" łączącego Prusy niemieckim wówczas Pomorzem Zachodnim, ale przede wszystkim przystąpienie naszego kraju do paktu antykominternowskiego, wymierzonego przeciwko ZSRR.
Zacznijmy od tego, iż wiele źródeł historycznych - że wymienię tu pamiętniki Heinza Guderiana, twórcy niemieckich wojsk pancernych czy też adiutanta Hitlera Nicolausa von Bielowa - wspomina, iż władze III Rzeszy do ostatnich dni sierpnia 1939 roku czekały na gotowość naszego rzędu do przyjęcia warunków niemieckich, gdyż obawiały się walki na dwa fronty.
Polska jednak propozycje Hitlera odrzuciła stawiając na sojusz z Wielką Brytanią i Francją, które w cyniczny sposób nas zdradziły i nie udzieliły pomocy wojskowej skazując na pewną klęskę. Co więcej gwarancje brytyjskie zostały udzielone w sytuacji, gdy rządowi Anglii wiadomo było z góry, że nie będzie w stanie szybko interweniować na kontynencie. Dając owe gwarancje premier Chamberlain wiedział dobrze, że wystawia Polskę na atak Hitlera - jednak nasi sojusznicy łudzili się, że dzięki zniszczeniu Polski w 1939 roku uzyskają więcej czasu na przygotowanie się do wojny.
Co zatem stało się przyczyną tego, że rząd II RP zdecydował się postawić na współpracę z watpliwymi sojusznikami? Wydaje się, że nie chodziło tylko i wyłącznie o Gdańsk i korytarz, gdzie zresztą Hitler mógł poczynić pewne ustępstwa - np. zgodzić się na wydzielenie z Gdańska kawałka nabrzeża dla Polski. Niemiecka oferta kryła bowiem w sobie coś znacznie groźniejszego - totalną wasalizację Polski, podobną do tej z czasów, gdy PRL był kompletnie uzależniony od sowieckiej Rosji. Rząd polski obawiał się po prostu, że II RP będąca członkiem paktu antykominternowskiego stanie się wkrótce bezwolnym satelitą Niuemiec, a być może zostanie kiedyś przez nie po prostu anektowana.
Co bowiem wydarzyłoby się, gdyby Polska przyjęła propozycje Hitlera i przystąpiła do wojny po jego stronie? Wielu historyków twierdzi, iż los naszego kraju byłby znacznie lepszy niż ten, który stał sie udziałem RP po II wojnie. A więc - że wspólnie z Niemcami można by pobić ZSRR, a kiedy III Rzesza ponosłaby klęskę, po prostu zdradzić ją i przyłączyć się do zwycięzców. Ja osobiście nie jestem pewien tej wersji historii. Przystąpienie Polski do paktu Osi zmieniłoby w sposób diametralny sytuację w Europie i wydarzenia wcale nie musiałby potoczyć się tak, jak przekazują podręczniki historii - a więc zgodnie z kalendarium II wojny, tyle, że nie byłoby kampanii wrześniowej.
A zatem spróbujmy odtworzyć - z żelazną logiką - co wydarzyłoby się, gdyby w sierpniu, albo w marcu 1939 roku II RP oddała Gdańsk i korytarz, a potem podpisała pakt wojskowy z III Rzeszą?
Jest pewne niemal na 100%, że niemal natychmiast po ujawnieniu tego faktu, nastąpiłyby dwa wydarzenia. Po pierwsze Anglia i Francja rozpoczęłyby starania o podpisanie sojuszu z ZSRR. Pamiętajmy bowiem, że po odpadnięciu Polski, oba państwa za wszelką cenę szukałyby kolejnego sojusznika, który zagroziłby tyłom Niemiec. Całkiem możliwe, że Stalin zgodziłby się na podpisanie z nimi paktu wojskowego. Anglia i Francja bowiem mogłyby dać mu więcej, niż Hitler. W pakcie Ribbentrop-Mołotow linią podziału Polski miała być Wisła. Jest zaś prawie pewne, że Daladier i Chamberlain daliby ZSRR hojną reką nie tylko całą Polskę, ale także część Niemiec, dzieląc w ten sposób przysłowiową skórę na niedźwiedziu. Za taką cenę Stalin zapewne zgodziłby się współpracować z Anglią i Francją.
Drugim aktem polityki aliantów byłaby próba wywołania przewrotu wojsowego w Polsce. Całkiem możliwe, że na jego czele stanąłby np. profrancusko nastawiony Władysław Sikorski i grupa oficerów niezadowolonych z ustepstw Becka i Rydza-Śmigłego; oskarżających marszałka o zdradę interesów Polski. Załóżmy jednak, że próba ta spaliłaby na panewce. Być może opozycja polityczna (a była ona całkiem liczna) sformowałaby przy rządzie Anglii lub Francji coś w rodzaju alternatywnego rzadu polskiego - w każdym bądź razie zakładam, że nasi niedoszli sojusznicy popieraliby takie nowe władze ze wszystkich sił.
Co jednak uczyniłby Hitler? Kiedy wybuchłaby wojna?
Sądze, że wydarzenia potoczyłyby się podobnie, jak w podręcznikach historii. A zatem Hitler zaatakowałby zachód najpóźniej na wiosnę 1940 roku, a być może jesienią 1939, zgłaszając np. pretensje do Alzacji i Lotaryngi. Dlaczego Francję, a nie ZSRR? Ano dlatego, że w wypadku wojny ze Stalinem, Francja mogłaby uderzyć bezpośrednio na jego tyły. Natomiast w wypadku ataku na zachód tyłów Niemiec broniłaby II RP, dając III Rzeszy czas na pobicie Francji i Anglii. Sytuacja zatem przypominałaby tę z roku 1914, tyle, że frontu wschodniego broniłoby sojusznicze Królestwo Polskie.
Niezależnie od tego, jak potoczyłyby się wydarzenia na froncie, pewno jest jedne - Francja i Anglia przegrałyby kampanię równie żałośnie jak tę w 1940 roku, kiedy to armia III Rzeszy rozgromiła je w ciągu 2 tygodni, a w czasie pozostałego miesiąca spokojnie zajęła resztę kraju. Do takiej wojny bowiem Anglia i Francja byłyby równie nieprzygotowane w KAŻDEJ możliwej wersji historii Europy.
Tak więc mamy rok 1940. Następuje totalna porażka i unicestwienie Francji. A co w takim raie uczyni ich sojusznik ZSRR? Czy Stalin uderzyłby na Polskę i III Rzeszę w 1940 roku?
W znanej wersji historii nie uczynił tego. Nie przyszedł z pomocą Francji. Czekał, zbrojąc się na moment kiedy będzie mógł zadać śmiertelny cios Hitlerowi. Jak by zachował się w chwili, gdy na zachodzie chwieje się Francja, lecz Polska jest sojusznikiem Hitlera?
Moim zdaniem ruszyłby do ataku. Z kilku przyczyn.
Po pierwsze w prawdziwej wersji historii Stalin nie zaatakował, bo łączył go przecież pakt o nieagresji z Hitlerem, w dodatku został zaspokojony połową ziem polskich i mógł w spokoju uderzyć na Finlandię. Czy jednak nie pokusiłby się na atak na osamotnioną II RP - osamotnioną, bo zakładam, że Hitler ściągnąłby na zachód większość swoich jednostek?
Po drugie - Stalin związany paktem z Anglią i Francją nie odpuściłby okazji, aby spróbować zniszczyć odwiecznego wroga - Polskę i powetować sobie klęskę 1920 roku. W 1940 roku, w znanej wersji historii Polska nie istniała - nie było zatem powodu dla wszczęcia wojny. A paktu z Anglią i Francją ZSRR nie zawarł - właśnie dlatego, że obowiązywał układ Ribbentrop-Mołotow, wymierzony wcześniej przeciwko Polsce.
A zatem wojna zaczęłaby się także na wschodzie. Pytanie zatem, czy nasze wojsko zdołałoby zatrzymać Armię Czerwoną do czasu pokonania przez Hitlera Francji?
Odpowiadam twierdząco: tak. Nasz kraj był o wiele lepiej przygotowany do wojny z ZSRR niż z Niemcami. Prawdopobonie za cenę dużych strat i oddanie części terytorium Armia Czerwona zostałaby zatrzymana - być może nad Wisłą, a potem, po powrocie wojsk niemieckich z Francji pobita wspólnymi siłami i odrzucona daleko na wschód.
I teraz zaczyna się ta część alternatywnej historii, którą bardzo ciężko przewidzieć. A zatem: czy wspólna, polsko-niemiecka wyprawa na wschód doprowadziłaby do zniszczenia ZSRR? Co byłoby gdyby skrzydeł 6 armii Paulusa pod Stalingradem bronili nie Rumuni i Włosi, ale polskie wojska pod dowództwem marszałka Rydza-Śmigłego i Wielkopolacy generała Kutrzeby, Stanisław Maczek i jego zuchy jeżdżacy na niemieckich "czwórkach" (PzKmpfw IV), a potem na Panterach i Tygrysach?
Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Rozważmy zatem obie wersje. Niestety w obydwu przypadkach los Polski nie wydaje mi się szczególnie świetlany.
Co stałoby się, gdybyśmy wygrali, zmiażdżyli sowiecką Rosję, doszli do Uralu, a może i dalej? Wówczas w Europie powstałoby gigantyczne imperium hitlerowskie, któremu Polska musiałaby - nie łudźmy się - ulec. Kto stanąłby po naszej stronie gdyby Hitler - mający na Uralu granicę z Japonią, zażądał Wielkopolski i Pomorza, oferując w zamian przesunięcie granic Polski na wschód? Wydaje się, że wzmogłyby się także naciski na germanizację Polski w ramach powołania germańskiego imperium w Europie, a III Rzesza otwarcie mieszałaby się do polskiej polityki wewnętrznej, np. obalając niewygodne sobie rządy - jak na Węgrzech. Prawdobopbnie plan Ost zakładałby wówczas po prostu masową germanizację narodu polskiego i nie byłoby dla nas ratunku. Proponowałbym też, aby poniechać żadnych złudzeń, że wielki i tryumfujący Hitler traktowałby Polskę lepiej niż w 1939 roku, bo jak by nie patrząc leżałaby ona pomiędzy Niemcami, a wielkimi posiadłościami III Rzeszy na wschodzie. Walka przeciwko Hitlerowcom miała małe szanse powodzenia w 1939 roku. Jakie byłyby one, gdyby imperium niemieckich faszystów rozciągało się od Hiszpanii aż po Azję?
Równie niewesoły byłby los Polski, gdybyśmy wojnę z ZSRR przegrali. Jako członka koalicji faszystowskiej czekałaby nas wegetacja w państewku wielkości Generalnej Gubernii, wcielonym pewnie do ZSRR jako 17. republika. A w dodatku wegetacja z odium morderców. Któż zająknałby się wówczas pisząc: polskie obozy koncentracyjne, gdyby Polska była sojusznikiem Hitlera?
Tak czy owak wydaje mi się, że nasz rząd w 1939 roku miał taką sytuację na uwadze, skoro postanowił bić się z Hitlerem. I mi osobiście decyzja ta wydaje się właściwa. Owszem, ponieśliśmy ogromne straty, zostaliśmy zdradzeni i sprzedani przez rzekomych sojuszników, a jednak o wiele lżej mi teraz patrzeć na Polaków, którzy nigdy nie wydali Quislingów i Petaine'ów i mimo wszystko przetrwali bez odium faszystów, morderców i kolaborantów. Lepiej mieć dziadka, który zginął w Katyniu, niż SS-mana, mordercę Żydów, bo po naszych przodkach pozostała nam przynajmniej nieśmiertelna chwała, która z czasem odrodzi nam nową i wspaniałą Polskę. A ducha narodu polskiego nie złamała nawet przegrana kampania wrześniowa.
- Oblężenie Zamościa... przeżyłem
...dzięki zacnemu konikowi rasy małopolskiej, który zowie się Potęga i nie boi się nie tylko strzałów, ale i samego diabła. Ogólnie inscenizacja była udana, choć lało jak z cebra i wszystkie nasze kolczugi wymagają czyszczenia z rdzy, a bitwa przebiegała inaczej niż w zeszłym roku. W sobotę, my - pancerni z Towarzystwa Jazdy Dawnej -ganialiśmy się z komunikiem zaporoskim po polu na zasadzie raz my gonimy, a za drugim razem uciekamy. Nie doszło do starcia z piechotą, jak rok temu, może dlatego, że - jak się potem dowiedziałem - sporo piechurów obawia się konnicy. Normalna rzecz - piechota pozbawiona pik ma małe szanse na pokonanie kawalerii, ale też trzeba pamiętać, że na inscenizacjach nigdy nie najeżdżamy w galopie na przeciwnika, bo byśmy naprawdę się pozabijali.
Wydaje mi się jednak, że po zeszłorocznej batalii organizatorzy zrobili się ostrożniejsi w wykorzystaniu walorów jazdy pancernej.
Całą sobotę spędziłem na koniu, co może się wydawać przyjemne komuś, kto nigdy nie siedział w siodle, albo poszedł sobie do bitwy na piechotę. Uczestnictwo w inscenizacji historycznej na koniu to prawdziwe wyzwanie, a i strach bierze człowieka całkiem niezły. Ja wróciłem dosłownie wykończony, co dowodzi ile wytrzymalsi byli ludzie w XVII wieku. Pasek i Poczobut-Odlanicki piszą w pamiętnikach, że nie schodzili z konia czasem i po 2-3 dni, gdy wojsko stało w szyku, a w nocy towarzysze po prostu spali przy wierzchowcach z wodzami w ręku (Pasek na przykład pisze, że kładł sobie pod głowę trupy Moskali). To, o czym nie napisał, a co by nas zszokowało w wojsku XVII stulecia, to niesamowity brud. Po jednym dniu inscenizacji i jazdy konnej w pancerzu towarzysza człowiek ma ręce czarne od konia i żelaza, wszystko przesiąknięte jest końskim potem i wonią prochu. Mam wrażenie, że jeśli padał deszcz, w dawnych obozach musiało być niesamowite błoto. W piątek w stajni w Zamościu na mokrej ziemi robiliśmy sobie manewry - wystarczyło, że 4 konie pobiegały sobie w kółko po mokrej trawie przez jakieś 2 godziny, a zaraz zaczęło się tam robić grząsko. Jak wyglądało to w obozie, gdy każdy towarzysz miał przynajmniej 5-6 koni, a w całej armii było ich np. 10 tysięcy? Moim zdaniem wystarczył drobny deszcz, a drogi między stancjami zamieniały się w bajora, w których końskie łajno mieszało się z błotem.
Tyle refleksji po Zamościu. Jak zwykle na biesiadę wróciłiśmy późno (bo trzeba było konie odstawić). Tymczasem piechota i spieszone pospolite ruszenie zdążyła już wypić większość miodu i zjeść co lepsze przysmaki. Taki już los kawalerzysty w dzisiejszych czasach...
Miło jednak popatrzeć sobie z góry na panów braci, bo powiadam, że nie będzie nigdy polskim panem ten, kto nigdy w życiu nie dosiadał konia. A jak podjadę na koniu do różnych krzykaczy, nagle znikają gdzieś mistrzowie szabli i rapiera, jakoś tak pusto się robi wokół człowieka...
A czasem widuję prześmieszne obrazki na bitwach. Na przykład husarzy ze skrzydłami, w zbrojach i jakby tego było jeszcze mało - w ostrogach - stojących pieszo w błocie. Kiedyś widziałem nawet pewnego jegomościa, co niósł w ręku olstra z pistoletami, które normalnie powinny spoczywać na szyi konia.
Wróciłem ja sobie do Warszawy, a tu na poczcie leży już pismo od Ichmościów panów napoleończyków, bo zaraz, za chwilę jedziemy pod Waterloo, tym razem w barwach szwoleżerów. Nie ruszyłbym nawet paznokciem, by bronić sprzedajnej, francuskiej murwy, ale dla Cesarza uczynię wyjątek.
Tymczasem zaś zapraszam na stronę portalu Paradoks, gdzie ukazał się mój niepoprawny politycznie wywiad:
http://www.paradoks.net.pl/read/10778
- Bitwa konna w Zamościu
W najbliższą sobotę 30 maja będę na inscenizacji oblężenia Zamościa przez Kozaków i Tatarów w 1648 roku. Oczywiście przyjadę konno, razem z moją chorągwi pancerną, około godziny 16 wezmę też udział w bitwie kawaleryjskiej Kozaków i Polaków.
Co zaś najciekawsze dla powieści "Samozwaniec", będę prawdopodobnie jechał na jednym z koni, które opisałem w tej powieści (kto dostał egzemplarz recenzencki, przeczytał i przyjdzie na inscenizację, pewnie domyśli się, która to Sonka, a która Białonóżka, choć oczywiście imiona koni w powieści nie do końca odpowiadają tym prawdziwym).
Przypominam, ze wierzchowce zaś pełnią w "Samozwańcu" podobną rolę, co okręty w "Galeonach Wojny", w każdym bądź razie chciałem przedstawić z równą pieczołowitością ich charaktery, ruchy, wygląd i zachowanie. Wszystkie konie, które opisałem mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości - przede wszystkim z Hrubieszowa, choć kilka pochodzi również ze stajni w Starej Miłosnej w Warszawie. Konie z Hrubieszowa, które mieliśmy na bitwie pod Zamościem rok temu są jednak o tyle interesujące, że należą w większości do rasy małopolskiej, która (jak twierdzą niektórzy hodowcy) odpowiada mniej więcej koniom staropolskim, czyli takim, na jakich szarżowała pod Kircholmem husaria.
Nie będę niestety miał w Zamościu spotkania autorskiego, gdyż czeka mnie zwykły los kawalerzysty na inscenizacjach historycznych - pilnowanie i oporządzanie konia, kiedy piechota i pospolite ruszenie pije sobie zimne piwko w cieniu. Taka jest niestety dola towarzysza pancernego...
Zapraszam jednak na ucztę po bitwie, przygotowaną przez organizatorów - zapewne w sobotę wieczorem, w kazamatach.
- Jak husaria pokonała mróz
Przez całe wieki mróz i ogromna przestrzeń skutego lodem stepu stanowiły największą broń Rosji. Pokonana została na nich armia Karola XII, wojska Napoleona, a w końcu hitlerowska III Rzesza, gdy blitzkrieg utknął pod Moskwą i na stepach Stalingradu.
Na tym tle zadziwiająco wyglądają wyczyny armii polsko-litewsko-kozackiej w XVII wieku. Żołnierze Rzeczypospolitej nie tylko przez całe lata przebywali na terytorium moskiewskim, ale potrafili także pokonywać niesamowite odległości, oblegać przez całe lata zamki i miasta, staczać bitwy i... wychodzić bez szwanku ze starcia z Generałem Mrozem. Wyprawa Aleksandra Lisowskiego w 1615 roku osiągnęła nie tylko brzegi Morza Białego, ale dotarła być może nawet do Uralu; do miejsca w którym poza Tatarami nie postała nigdy stopa żadnego wroga Rosji. A potem bez większych strat powróciła do Korony Polskiej, co nie udało się w 1941 roku pancernym kolumnom Guderiana.
W świetle powyższych osiągnięć rodzi się zatem pytanie, jak było to możliwe? Co takiego robiła armia Rzeczypospolitej, że była w stanie prowadzić działania wojenne w czasie zimy, które tak strasznie przetrzebiły armie Napoleona i III Rzeszy? Dlaczego mróz nie był straszny Polakom, Litwinom i Kozakom, a urządził tak krwawe żniwo w dwieście i trzysta lat później?
Analizując XVII-wieczne źródła historyczne można znaleźć co najmniej kilka odpowiedzi na to pytanie.
Czytając pamiętniki chociażby Samuela Maskiewicza, Ścibora Marchockiego czy Stanisława Niemojewskiego, znajduje się liczne utyskiwania na zimno i mróz, jednak nie jest to jedyna bolączka, na którą uskarżają się nasi husarze i kozacy. Dla Maskiewicza na przykład największym wrogiem był brak snu, a nie mróz. Marchocki i Niemojewski notują z rzadka przypadki zamarznięcia, ale dużo więcej miejsca poświęcają opisowi bitew i potyczek, a także nieprzyjaznemu krajowi. Niemojewski zresztą nie lubi Moskali, nie pisząc o nich inaczej, jak o "z kurwy synach". Jednak pozostawia nam wiele ciekawych informacji na temat prowadzenia kampanii w warunkach zimowych.
A zatem po kolei. Najpierw uznać należy fakt, że ludzie i konie w XVII wieku byli znacznie bardziej zahartowani, niż my obecnie. Wpływał na to nie tylko fakt, iż zimy były wówczas bardziej mroźne, ale i to, że nasi przodkowie dużo więcej czasu spędzali na dworze, a w słabo ogrzewanych budynkach było zimniej niż obecnie.
Po drugie żołnierze polscy byli doskonale przygotowani do spędzania zimy w czasie kampanii. Marchocki opisuje nam wyraźnie i szczegółowo, że kiedy nadchodziła jesień, wojsko zwykle zakładało obóz zimowy, w którym rozlokowywały się wszystkie chorągwie i piechota. Żołnierze nie nocowali w namiotach - przeciwnie - wysyłano czeladź do okolicznych wiosek, gdzie po prostu rozbierano całe chałupy, przewożono je do obozu, a następnie składano, tworząc małe miasteczko. Dla koni wznoszono stajnie z chrustu; jedynie zapasy i broń przechowywano w namiotach, które generalnie służyły przede wszystkim za mieszkanie w okresie wiosenno-letnim.
Jak widać obraz ten daleki jest od wizerunku Niemców marznących w okopach Stalingradu czy Wielkiej Armii Napoleona padającej z wyczerpania w zaspach śniegu. Zołnierze polscy zimowali w warunkach nieco mniej komfortowych niż we własnym domu, ale jednak pod dachem - czym należy tłumaczyć znacznie mniejszą śmiertelność niż w przypadku działań prowadzonych dwieście czy trzysta lat później.
Oczywiściwe jeśli zachodziła potrzeba zmiany miejsca, obóz taki porzucano, jednak po dotarciu na kolejne miejsce postoju budowano taki sam, wykorzystując chałupy zabrane chłopom, albo po prostu drzewo przywiezione z lasu. W XVII wieku niemal każdy, nawet ktoś nie będący cieślą potrafił w czasie kilku dni, albo tygodnia wznieść przyzwoitą chałupkę (fakt, bez bieżącej wody i komina), jednak dającą dobre schronienie przed mrozem. W tamtych bowiem czasach nie było kliki bankowych mafiozów, żądających, by za małą klitkę spłacać horrendalne kredyty i do końca życia utrzymywać po dziesięciu prezesów i jeszcze większą liczbę palantów w garniturach. Jak ktoś nie miał gdzie mieszkać, to brał siekierę, szedł do lasu i budował sobie dom. Ot, i po sprawie.
Należy dodać wszakże, że w XVII wieku Rosjanie nie wpadli jeszcze na pomysł, by palić wszystko do gołej ziemi na trasie przemarszu wrogich wojsk, co skutecznie zastosowali np. w czasie wojny z Napoleonem. W dodatku działania wojenne prowadzone na początku stulecia miały charakter wojny domowej - część Moskali wspierała wojska polskie, które biły się w imię Dymitrów, a potem cara Władysława i użyczała im kwater. Z drugiej strony jednak należy pamietać, że zimy wówczas były jeszcze bardziej mroźne niż w XX wieku, a drogi i środki komunikacji jeszcze gorsze. W czasie Wielkiej Smuty dochodziło np. często do starć konnicy polskiej z... moskiewskimi narciarzami (szyszami na łyżach), co szczegółowo opiszę w kolejnych tomach "Samozwańca".
Trzeba także pamiętać, iż Rzeczpospolita wysunięta w XVII wieku na wschód była doskonałą bazą do prowadzenia działań wojennych przeciwko Moskwie. Polscy żołnierze nie zaczynali wszak kampanii znad Bugu (jak Niemcy w 1941 roku), ale spod Kijowa, co znacznie skracało odległości.
Pozostaje wciąż pytanie kiedy Moskale zaczęli prowadzić z przeciwnikiem świadomą wojnę na wyniszczenie, wciągając go coraz głębiej we własne terytorium? Początki tego można wyznaczyć na rok 1664, kiedy armia Rzeczypoospolitej musiała się wycofać spod Briańska, z powodu silnych mrozów i faktu, iż Moskale palili wszystkie wsie i miasteczka na drodze swego odwrotu, pozostawiając niebo i ziemię. Na pewno Piotr I wygrał dzięki temu bitwę pod Połtawą wciągając w głąb własnego terytorium armię szwedzką. Do perfekcji zaś taktykę wycofywania się i wyniszczania przeciwnika dopracowali Rosjanie w roku 1812, w czasie wojny z Napoleonem.
Nie należy także zapominać, że w XVII wieku wojsko polskie miało ogromną przewagę nad Moskalami. Jedna chorągiew husarii znaczyła tyle, co pułk jazdy dworiańskiej, w dodatku Polacy posiadali nie tylko lepsze, ale i szybsze, bardziej wytrzymałe konie. Wydaje się, że przewaga ta była o wiele większa, niż armii III Rzeszy nad wojskiem ZSRR w 1941 roku. Z drugiej jednak strony przewaga liczebna Moskali była ogromna. Często wynosiła ona 1 do 10. A jednak nasi wygrywali dzięki taktyce, lepszemu uzbrojeniu, a przede wszystkim - wysokiemu morale i braku kompleksów przed Moskwą. Kompleksy te były bowiem często o wiele skuteczniejszą bronią Kremla niż kule i bagnety.
- Jak pokonać Rosję?
To była jedna z najważniejszych kwestii, która zajmowała mnie w czasie pisania Samozwańca. Jak to w ogóle możliwe, że kilka tysięcy polskiego i kozackiego wojska, wspierającego Dymitrów było nie tylko w stanie pokusić się o zdobycie lub oblężenie Moskwy, ale przetrwać rosyjską zimę, która zdziesiątkowała wojska III Rzeszy i Napoleona Bonaparte? Co było takiego w armii dawnej Rzeczypospolitej i czego zabrakło wojskom cesarza i wehrmachtowi w 1941 roku? Przeglądając zaś dawne kampanie Zółkiewskiego i Chodkiewicza z początku XVII stulecia rodzi się fundamentalne pytanie: czy Rosję w ogóle można pokonać? A jeśli tak, to w jaki sposób?
Przeglądając dzieje wojen i bojów w Europie wschodniej, można bardzo łatwo wyliczyć zwycięskie wojny, w których państwo carów zostało zwyciężaone. A więc, zaczynając od XVI wieku kolejno: wojna o Ignflanty Stefana Batorego w latach 1579-1582. Pierwsza wyprawa o koronę Dymitra. Wyprawa Stanisława Żółkiewskiego na Moskwę w 1610 roku nie do końca może być brana pod uwagę bo ostatecznie skończyła się utratą stolicy.
Kolejne zwycięskie wojny to: krymska w latach 1853-1856, I wojna światowa w latach 1914-1917 oraz oczywiście wojna polsko-bolszewicka 1919-1920.
Czas wymienić przegrane kampanie. A zatem biorąc pod uwagę tylko najsławniejsze : wyprawa Karola XII na Rosję zakończona bitwą pod Połtawą, pochód Wielkiej Armii Napoleona w 1812 roku i oczywiście, w XX wieku, plan Barbarossa czyli hitlerowski atak na ZSRR, który rozpoczął się 22 czerwca 1941 roku.
Porównując powyższe wojny łatwo zauważyć, że większość zwycięskich kampanii nie była wcale operacjami, w których wrogom Moskwy zależało na zdobyciu ogromnych przestrzeni Rosji. Zarówno wojny Batorego, jak i krymska rozgrywały się na pewnym ściśle określonym teatrze operacyjnym i były obliczone nie na zajęcie określonego terenu, ale odcięcie Rosji od cennego obszaru i tym samym takie jej osłabienie gospodarcze i polityczne, które zmuszało carów do zawarcia niekorzystnego pokoju. Stefan Batory odciął Iwana Groźnego od Inflant. Z kolei armia koalicji angielsko-francusko-tureckiej zdobyła Krym i przeprowadziła blokadę gospodarczą Rosji, zmuszając cara Aleksandra do rezygnacji z planów podboju Turcji.
Z kolei największe porażki odnosiły te armie, które stawiały na całkowity podbój Rosji. Nie udało się to zarówno wojskom Karola XII, jak i Wielkiej Armii Bonapartego, który sądził, iż zdobywając Moskwę rzuci Rosję na kolana. Podobny błąd popełnił Hitler sądząc, że zajęcie znacznej części ZSRR sprawi, iż władza Stalina rozpadnie się niczym domek z kart. Tak się jednak nie stało - przeciwnie - na ogromnych przestrzeniach Rosji wojska niemieckie straciły swój impet, zostały zatrzymane i w końcu pobite. Wątpliwe jest nawet czy po osiągnięciu pierwotnego celu ofensywy - Moskwy, ZSRR uległby hitlerowskiej III Rzeszy. Wszak dawną stolicę zdobył Napoleon i bynajmniej nie oznaczało to zakończenia kampanii. Od wieków najlepszą bronią Rosji była przestrzeń, mróz i wielkie odległości. Dlatego jedyną szansą na zwycięstwo z przeciwnikiem, który zawsze może cofnąć się i uchylić od bitwy jest zajęcie strategicznie ważnych obszarów, stanowiących ważne źródło jego dochodów. Tak właśnie uczynił Batory odcinając Rosję od Bałtyku, podobnie stało się w czasie wojny krymskiej, gdy Anglia i Francja wprowadziły blokadę rosyjskich towarów jednocześnie zajmując Krym i zwyciężając armię rosyjską w kilku bitwach. W dzisiejszych czasach być może można by wygrać wojnę przeciwko Rosji zajmując obszary z których pozyskuje ropę i gaz ziemny - główne i w zasadzie jedyne źródła dochodów Rosji. A potem cierpliwie czekając i prowadząc wojnę na wyczerpnie. Oczywiuście pamiętać należy, że każdy rząd moskiewskj, zarówno carski, bolszewicki jak i putinowski nie przejmuje się zbytnio losem swego narodu i łatwiej mu rozstać się z tysiącami Rosjan, niż ze starym pantoflem. Jednak uderzenie w podstawy gospodarcze Rosji i zrujnowanie jej finansów powoduje osłabienie władzy Kremla - w kraju mogą pojawić się nie tylko bunty niezadowolonych, lecz nawet pretendenci do władzy. Jest szansa, że w takiej sytuacji rząd moskiewski zostanie zmuszony do przyjęcia twardych warunków pokoju - będącego ceną za utrzymanie się przy władzy.
W historii Rosji zdarzyło się kilka wojen, w których zwycięstwo odniesiono zajmując terytorium pod kontrolą Moskwy. Były to właśnie wyprawy Dymitrów, a także I wojna światowa, kiedy to wojska niemieckie weszły głęboko na terytorium wroga i nie zostały zmuszone do odwrotu. We wszystkich tych jednak przypadkach zadziałał trzeci, wewnętrznycn czynnik w Rosji, gdzie znalazły się siły sprzyjające atakującym. Dymitriady były de facto wojnami domowymi, bo część Moskali poparła carewicza, z kolei w czasie I wojny Niemcy zapewnili sobie zwycięstwo wspierając bolszewików i Lenina. Nie zawsze czynnik ten można brać pod uwagę przy działaniach wojennych, dlatego metoda z wojny krymskiej i batoriańskich zmagań wydaje się najpewniejszym sposobem na pokonanie Moskala.
Tyle na dzisiaj. W kolejnej części opowiem szczegółowo jak radziła sobie z mrozem i przestrzeniami Rosji polska armia w XVII wieku.
- Porządki w komentarzach
Aby uporządkować komentarze i odpowiedzi, dostępne są dodatkowe znaki i funkcje. Od teraz, aby zaznaczyć w komentarzu część tekstu, która ma zostać wyświetlona kursywą, należy dodać przed tekstem znak: (klamra kwadratowa lewa)i(klamra kwadratowa prawa), a na końcu wybranego fragmentu: (klamra kwadratowa lewa)/i(klamra kwadratowa prawa).
Po wstawieniu znaku: (klamra kwadratowa lewa)hr(klamra kwadratowa prawa) tworzy się przerywana linia oddzielająca np. jedno pytanie od następnego.
Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany przyczynią się do łatwiejszego komentowania mojego bloga przez Czytelników.
- Spotkanie w Jaśle
Jutro, czyli w poniedziałek 27 kwietnia o godzinie 11 w Jaśle, w Miejskiej Bibliotece publicznej przy ul. Kołłątaja 1, odbędzie się spotkanie ze mną, na którym będę nie tylko opowiadał o "Samozwańcu", ale także podpisywał książki. Zapraszam.
- Jadę na Grojkon
Jutro będę gościł na Grojkonie - fantastycznym konwencie w Bielsku-Białej, a w sobotę, 18 kwietnia o godzinie 15, w V Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Słowackiego 45, będę opowiadał ze szczegółami o "Samozwańcu" i innych moich planach pisarskich. Oczywiście po zakończeniu spotkania przewidywana jest kontynuacja rozmów i rozpoczętych wątków przy kufelku zacnego piwa w konwentowej karczmie, na co wszystkich Czytelników serdecznie zapraszam.
- Awizy pewne o Samozwańcu
Tym razem chciałbym zdradzić kilka szczegółów na temat samego cyklu "Orły na Kremlu". Dowiedziałem się także wreszcie na jakim etapie jest tekst pierwszego tomu Samozwańca. Zsiadłwszy tedy świeżo z konia, przy zacnej sobocie przystępuję zatem do opisu co takiego kryje się pod tym tytułem.
A więc cykl "Orły na Kremlu" opowiadac będzie o wojnach polsko moskiewskich w latach 1604 - 1615. Mieści się w tym zarówno wyprawa pierwszego Dymitra Samozwańca, jak i jego mało chwalebny koniec, a także walki o władzę Maryny i II Dymitra, który pojawił się w 1607 roku podając się z kolei za cudownie ocalonego Dymitra I. Jak również wojna polsko-moskiewska, która rozpoczeła się we wrześniu 1609 roku, a zakończyła zwycięską bitwą pod Kłuszynem rok później i ponownym zdobyciem Moskwy (pierwszy raz weszły tam nasze wojska za Dymitra I).
Pierwsza część tej serii to właśnie Samozwaniec, który składać się będzie z 4 tomów. Początkowy ukaże się w połowie maja, choć być może premiera będzie trochę później, na Targach Książki, które zwykle mają miejsce koło 20 tegoż miesiąca.
Drugi tom ukaże się na pewno w tym roku na jesieni. Zapewne trzeci na wiosnę lub pod koniec marca Anno Domini 2010, a ostatni na Zielone Świątki lub na święto Matki Boskiej Zielnej, a najpóźniej na Podniesienie Krzyża Świętego tego samego roku.
Czyli w sierpniu, albo we wrześniu 2010.
Tom pierwszy, mniej więcej grubości "Diabła Łancuckiego" trafił już do składu. Są już gotowe mapa i ilustracje, niedługo zapewne na tej stronie pojawi się okładka, a pewnie w okolicach 15 kwietnia trafi do drukarni. Książka dostępna będzie w wersji z miękką i z twardą oprawą.
Tom drugi jest w trakcie pisania, które wszakże zawiesiłem na chwilę (na jakieś 2 tygodnie), aby odpocząć od tematyki XVII wieku. A co przez ten czas napisałem do nowej, na razie ściśle tajnej antologii Fabryki Słów, tym już niedługo podziele się na łamach niniejszego pamiętnika.
Zaś ci, z WM Państwa, którzy mają jakieś sugestie co do tego, co powinno się znaleźć w II tomie Samozwańca (opisującym już samą Moskwę), proszę o wpisywanie się do regestru komentarzy.
- Na Moskwę!
Witam na stronie poświęconej cyklowi powieści historycznych "Orły na Kremlu". Pierwszy tom, noszący tytuł "Samozwaniec" ukaże się w maju tego roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.
Na początek winny jestem kilku wyjaśnień. Prezentowany wcześniej na stronie film, to krótka etiuda filmowa zrealizowana we współpracy z Towarzystwem Jazdy Dawnej i absolwentami Warszawskiej Szkoły Filmowej. Nie jest to zwiastun, ani zapowiedź filmu fabularnego na podstawie mej powieści, gdyż w naszym kraju nie ma możliwości, ani środków, aby stworzyć wielkie kino historyczne.
Bitwy husarii na lodowatych stepach Moskwy. Ogromne armie ścierające się w boju... To wszystko na razie Polacy mogą zobaczyć jedynie oczyma wyobraźni, czytając książki historyczne, do czego uniżenie nakłania autor niniejszego pamiętnika.
Dlatego "Samozwaniec", opowieść o wyprawie Polaków na Moskwę na początku XVII wieku powstał jako wyraz zniechęcenia autora współczesnym polskim kinem prezentującym dzieła martyrologiczne jak "Katyń" czy "Popiełuszko", przedstawiające Polskę jako kraj życiowych nieudaczników, bez przerwy gnębionych i najeżdżanych przez sąsiadów. Jednocześnie moim zamiarem stało się jak najwierniejsze przedstawienie prawdy historycznej; "Samozwaniec" nie jest bowiem pozycją pisanią za ani przeciwko Rosji i przedstawia brutalną historię wojen polsko-moskiewskich z XVII wieku tak jak wyglądały ona naprawdę.
Niniejszy pamiętnik, czyli po XX-wiecznemu - blog, stanowić ma swoiste forum wymiany myśli i poglądów. Zwykle Czytelnicy nawiązują kontakt z pisarzem jedynie w czasie czytania jego dzieła. Dołożę jednak wszelkich starań, aby w przypadku tej powieści było to możliwe także przed zakończeniem mej pracy. Zapraszam zatem do czytania komentowania i zadawania pytań.
|