- Jadę do Irlandii
Informuję, ze w sobotę i niedzielę przebywać będę w Cork, w Irlandii, na zaproszenie tamtejszej Polonii. W sobotę od godz. 11 rozmawiać będę z Czytelnikami i rozdawać autografy w sklepie przy 10 Paul St., zaś o 18 przeniesiemy się do pubu Slate przy Tuckey St. na bardziej nieoficjalną część imprezy, w czasie której oddawać będziemy cześć św. Patrykowi.
Zapraszam
- Obiecany fragment Krzyżackiej Zawieruchy
ROZDZIELENIE 1: FIDELITAS
Wierność
1.
Wlekli się poprzez stratowane pola pod Chojnicami jakby posłano ich po samą Śmierć. Wieźli dwa nagie miecze pod czarnym, zakonnym krzyżem chorągwi, którą rozwijał i splątywał wiatr. Samotni wysłannicy, dwie białe postacie na koniach, na wprost czelnego hufca Korony Polskiej, błyszczącego od zbroi, najeżonego lasem kopii.
Zwolnili przed wiatrakiem, gdzie łopotała karmazynowa płachta z białym orłem, jakby w obliczu królewskiego majestatu zabrakło im odwagi. Pierwszy z posłów skinął sztywno głową, jakby połknął garść kijów, ale zeskoczył z konia dopiero przed monarchą. Drugi pozostał w siodle jak nieprzytomny gapił się na rycerzy przybocznych, na czelny huf czelny polskiej armii, ogromny jak morze, które miało pochłonąć krzyżackie zastępy.
Pierwszy odchrząknął, a potem rzekł:
- Nasz pan, z Bożej łaski Wielki brat i Mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, śle poprzez swych rotmaisterów, panów Rudolfa z Żagania i Bernarda von Zinnenberga te oto dwa nagie miecze i wzywa Waszą Królewską Mość na bój. A jeśli brak ci, panie miejsca do walki, gotów jest z wojskiem ustąpić.
Wbił ostrza w burą trawę
- Za grzechy moje, przyjmuję – odparł Kazimierz syn Władysława, król Polski i Wielki Książę Litwy. – Mości Pietrze, dajcie im naszą odpowiedź.
Podkanclerzy Piotr ze Szczekocin wysunął się w szeregu trzymając obnażony miecz. Wyciągnął go ostrzem do przodu, patrząc w zmrużone oczy krzyżackiego herolda.
Odpowiedź została przyjęta.
Krzyżaccy posłowie wracali do swoich galopem, przez groblę. Herold i pachołek. Pędzili jakby czuli na karkach oddech tysięcy rycerzy z Wielkiej i Małej Polski, z Kujaw i Prus, zgromadzonych na chojnickim polu, w dzień świętego Metodego 18 września, Anno Domini 1454.
Z łoskotem dopadli do rycerskich pocztów pod Wielką Chorągwią Zakonu.
- Jakże tam?! – zakrzyknął Bernard Szumborski, potężny, czarnobrody człowiek w niemieckiej płycie i na oladrowanym koniu. – Wylezą zza wzgórz? Zaatakują?
- Przyjęli wyzwanie – herold ukazał miecz. – Siła ich, panie. Zwaliła się tu cała Wielka i Mała Polska, a pewnie i połowa Litwy. A oto ich odpowiedź – błysnął ostrzem miecza.
- Syn poganina nauczył się wreszcie rycerskiego obyczaju – zagrzmiał gruby Truchsess von Wetzhausen na widok nagiego ostrza w ręku herolda. – Oto zaprowadziliśmy w tej dziczy rycerskie obyczaje, bo pod Tannenbergiem poganin Jogajła zapomniał języka w gębie słysząc wezwanie do walki.
- Widać Kazimierz pilnie studiował Biblię.
- Języki zakonnych braci zawsze były ostrzejsze niż ich miecze – ozwał się książę Rudolf Żagański. – I właśnie dlatego teraz my, pobożni, chrześcijańscy rycerze Fortuny musimy kończyć za was pruską zawieruchę.
Wetzhausen spojrzał nań niechętnie, nie wiedząc czy zagrzmieć gniewem czy jednak udawać pokornego braciszka.
- Wszyscy bracia zakonni są wdzięczni niemieckiemu rycerstwu za pomoc i męstwo w walce z poganami i Saracenami – rzekł pokornie, mając w pamięci, że krzyżacka kabza świeciła pustkami jak żebrak gołą rzycią, o czym nie wiedział jeszcze żaden z zaciężnych rycerzy.
Rudolf z Żagania i Bernard Szumborski popatrzyli na siebie zdumieni. Książę zerknął nawet w niebo, jakby właśnie stamtąd miała spaść turecka konnica.
- Gdzie tu widzicie pogan, kumotrze? – zahuczał Szumborski. – A może macie przed oczyma pohańskie hurysy?
- Alboż nie stoją przed wami hufce fałszywego chrześcijanina Kazimierza, syna Jagiełły, wroga Chrystusowej wiary, który urządził okrutną rzeź zastępom wiernych czterdzieści lat temu pod Tannenbergiem?! Alboż to wy, cni rycerze niemieccy nie przyszliście tu bronić chrześcijaństwa przed hordami Polski, Litwy i schizmatyków? Czyż nie zebraliście się tutaj na nową krucjatę, która rozbije żelaznymi piersiami pogańską falę Słowian, zalewającą całą cesarską Rzeszę…
- W imię Chrystusa Miłościwego, miejże nad nami miłosierdzie, kumotrze Wetzhausen – ozwał się Szumborski. – Mówiąc zaś ludzkim językiem: nie pierdolże trzy po trzy. Jesteśmy tu, aby wykonać naszą pracę, w imię Boga i Honoru rycerskiego. Tak samo jak Polacy. Módlcie się lepiej, aby wyzwanie odniosło skutek i Kazimierz zaatakował przez groblę. Inaczej gorze nam, bo nie damy rady tylu Polakom w otwartym polu.
- Ja zaś na waszym miejscu – mruknął Fritz Raweneck, wielki jak góra mąż z podniesioną zasłoną hundsgugela – wzdychałbym raczej do Matki Boskiej Pieniężnej. Aby kiedy zawitamy do Malborka po – da Bóg – zwycięskiej bitwie – czekała tam na nas zapłata. W dobrych złotych reńskich, nie w waszych pogańskich, pruskich grzywnach, co mają w sobie tyle złota, ile brudu za paznokciem świętego Bernarda.
- Ruszają się! – zakrzyknął herold. – Panie von Zinnenberg! Polacy atakują!
- Do rot i hufów! – zakrzyknął Bernard. – Zewrzeć szyki i czekać, aż przejdą wszystkie chorągwie. Powtarzam! Stać spokojnie!
2.
Środa, świętego Metodego, wilgotna i mglista, to nie był dobry dzień na bogobojną, rycerską śmierć godną Zawiszy czy Floriana Szarego. Raczej na ponury kres żywota, jaki stał się udziałem księcia Leszka Czarnego, uciekającego z łaźni w Gąsawie i zabitego przez zdradzieckich krewnych na gościńcu.
Tak przynajmniej myślał Bolko z Rożnowa, wnuk sławnego Zawiszy Czarnego, a syn Jana, najmłodszego potomka Sulimczyka, kiedy spoglądał na zamęt, by nie rzec burdel, jaki panował tego dnia w szeregach rycerstwa Wielkopolskiego i Kujawskiego. Zgromadzonego na jesiennym polu do walki z krzyżacką zawieruchą, która zbliżała się od granic Nowej Marchii.
Najpierw na sam widok nadciągających Krzyżaków wszczął się rozruch i panika, którą z trudem opanował hetman zaciężnych rot - Wojciech Kostka z Postupic. Potem, gdy okazało się, że Niemce wypełzają wolno z lasu po drugiej stronie jeziora Zakonnego, wszczął się prawdziwy rejwach. Jedni krzyczeli, aby atakować przez groblę, inni – by stać w miejscu. Dowódcy sześciu zgrupowań ganiali na koniach jak oszalali, wysyłając harcowników to tu, to tam, jakby za każdą wiązką trzcin ukrywał się krzyżacki mnich. Zbierali się, radzili, przekrzykiwali, aż ojciec Bolka – Jan z Rożnowa, starosta kolski - musiał przywoływać ich do porządku. Widząc krzyżacki huf czelny stający po drugiej stronie jeziora hetman chorągwi wielkopolskich Łukasz Górka chciał atakować, od czego odwodzili go Wojciech Kostka i Mikołaj Szarlejski. Pierwszy radził wysłać na harcowników – drugi poczekać i zmusić księcia Rudolfa oraz Szumborskiego do ataku na polskie chorągwie przez groblę.
Król zaś nie wiedział co czynić. Czy porwać się fali entuzjazmu czy też czekać stuliwszy uszy.
- Stój w szyku, chłopcze – rozkazał synowi Jan Zawisza z Rożnowa, więc Bolko stał w hufie czelnym, ramię w ramię z konnymi kusznikami z rycerskich pocztów, choć ręka bolała go od dźwigania kopii. Nie burzył się jednak, nie kłapał gębą. Ojciec kazał mu stać, a rodzic zwykle miał rację. W dodatku znał się na wojowaniu jak mało kto, a miru między rycerstwem bynajmniej nie zdobywał mocną głową czy umiejętnością osuszania duszkiem kwarcianych szklenic wina i miodu. Starosta kolski był weteranem wojen tureckich i tatarskich, bił się z nieszczęsnym królem Władysławem pod Warną i nie tylko wyniósł całą głowę z pogromu, ale także Dunaj w zbroi przepłynął. Bo prawdę powiedziawszy żal mu było jako chudopachołkowi ostawić swoje płaty sprośnym i skurwesyńskim Turkom.
W obozie wojsk polskich pod Chojnicami robił za rozjemcę, sędziego i statystę. Gdzie tylko się pojawiał, tam zaraz zwracały się oczy. Kiedy tylko się odzywał, milkły rozdęte, szlacheckie gardła. Ale nawet on nie był w stanie powstrzymać gorących głów i serc, które rwały się do walki i domagały boju.
Krzyżaków widać było jak na dłoni. Stali na wzgórzu, po drugiej stronie trzęsawisk, za wąską, zdradliwą groblą. Najpierw huf czelny – nieliczny, złożony kopijników. Za nim nieco liczniejszy walny – z konnych kuszników i lekkozbrojnych. Dalej, na szczycie wzgórza przycupnął wagenburg; zębata linia wozów ustawionych na skos najeżona była ostrzami rohatyn i nielicznymi działami.
Czekali. Krzyżaków było tak żałośnie niewielu w porównaniu do sześciu hufców polskiego rycerstwa, że konie niemal same rwały się do boju, ręce wyciągały do mieczy, kopie pochylały na pohybel Niemcom. No bo po co tu jeszcze czekać? Szarżować i jakoś to będzie. A będzie dobrze zważywszy na przewagę liczebną.
- Boisz się, synu?!
Bolko zaprzeczył kręcąc głową. Czuł jak od środka, bodaj od żołądka po całym ciele rozchodzi mu się mdląca słabość. To była jego pierwsza bitwa w polu. Nadrabiał miną, na szczęście twarz ukrytą miał pod przyłbicą.
- Tylko głupcy nie znają strachu. Nie wygrasz samą odwagą i zaciekłością. Zwyciężysz pokonując słabość. Nie miecz, nie ostrogi, lecz opanowanie lęku uczyni z ciebie szlachcica…
Trąby zagrzmiały smutno, jakby na żałobną stypę. Chrzęst przeszedł pancerne szeregi.
- Ruszaaaj! – zaintonował Wojciech Kostka z Postupic na lewym skrzydle. A po nim Łukasz Górka, hetman hufca rycerstwa wielkopolskiego.
Lewoskrzydłowe chorągwie zaciężnych drgnęły i poczęły coraz szybciej zstępować w dół. Szły kłusem, wolno, wprost na groblę, ścieśniając szeregi.
Jan z Rożnowa ostatni raz spojrzał na syna.
- Ufaj tylko żelazu, Bolko. Pamiętaj! I bywaj.
Przyłożył dwa palce do czoła i uśmiechnął się. A potem odwrócił i zacisnął zęby. Był w szłomie bez przyłbicy, nie chciał, by ktoś zobaczył, jak wilgotnieją mu oczy.
Zwłaszcza, że miał bardzo złe przeczucia co do nadchodzącej bitwy.
- Ruszaaaaj! A wolno!
Zabrzmiały trąby i krzywuły. Żelazny mur rycerstwa z Wielkiej Polski drgnął i począł coraz szybciej zstępować w dół śladem zaciężnych chorągwi.
Zaczęło się. Postępowali ku przeprawie.
Bolko szturchnął konia łydkami, nie używając ostróg. Ruszył z hufem czelnym mając po prawej stronie rycerstwo ziemi kaliskiej. Czuł się jak okruch w żelaznej lawinie, która oderwawszy się ze wzgórz chojnickich, samą swą masą siłą i przewagą zmiażdży krzyżackie roty.
Szli ściśnięci, w zamęcie, krzycząc, nawołując się. Pierwsi przestąpili groblę zaciężni. Zatrzymali na polu po drugiej stronie i rozwinęli pod krasnymi sztandarami. Za nim przeszli Wielkopolacy pod Górką. Kolejne kaliskie chorągwie Stanisława Ostroroga. Dalej łęczyckie i sieradzkie pod kasztelanem rozmierskim Dersławem Rytwiańskim. I wreszcie huf nadworny z samym królem.
Krzyżacy przyjęli ich w miejscu. Nie atakowali widząc wojska stłoczone na grobli. Stali pod biało-czarnymi płachtami chorągwi, niemal bez ruchu, przycupnięci jak wilki. Nie było ich wielu. W czelnym hufie można było doliczyć się najwyżej siedemdziesięciu, no może stu kopijników. W walnym przebłyskiwały zbroje i płyty, ale w większości składała się nań brązowawa i szara ćma pachołków i kuszników.
Chorągwie wielkopolskie i kujawskie stanęły naprzeciwko jak żelazny mur. Z uniesionymi kopiami. Z lekkimi sercami. Nawet Bolko odetchnął widząc jak niewielu było wrogów. Uśmiechnął się w duchu i mocniej chwycił kopię.
A potem krzyk po polskiej stronie zerwał się niczym wicher. Wznosił się aż do tronu Pańskiego, przenoszony od chorągwi do chorągwi, od rycerza do pachołka, podawany z ust do ust. Darli się wszyscy nie licząc czeladzi w obozie.
- Bij zabij!
- Na psubratów!
- Sulima! Sulimaaaa! – wrzeszczał ile sił Bolko.
- Grady! Gradyyyy!
- Rawaaa! Niedźwiadaaa!
Nie wiadomo kto dał znak, skąd wziął się sygnał. Nagle cały hufiec wielkopolski Górki opuścił przyłbice, pochylił kopie, a potem począł postępować na wroga.
Zerwali się za nimi wszyscy pozostali – na końcu roty nadworne i zaciężne.
Z łoskotem blach, z grzmotem kopyt poszli galopem poprzez brązowe, stratowane pola. Szybciej, szybciej, w rytm końskiego skoku… Z proporcami furkocącymi nad głowami. Spod przyłbic i szłomów, z tysięcy serc zerwała się pieśń.
Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,
U twego syna Gospodzina Matko zwolena, Maryja!
Zyszczy nam, spuści nam.
Kyrieleison.
Bolko pozbył się strachu. Nic już nie myślał, niczego się nie bał. Opuścił kopię, wprost w szczelinę tarczy i rwał ramię w ramię z innymi, w linii, która szybko poczęła rozdzielać się na pojedyncze grupy jeźdźców.
Krzyżaccy kopijnicy skoczyli im na spotkanie. Chwilę pędzili na wprost siebie. Pancerna pięść kolczasta od kopii! I na wprost niej żelazna lawina, gotowa zdruzgotać ją całym ciężarem.
Chrzęst, zbroi, krzyk ludzi, rżenie koni!
Zderzyli się!
Nawet przed księdzem proboszczem nie potrafiłby przypomnieć sobie, co tak naprawdę się stało. Po prostu nagle wjechali w linię jeźdźców w niemieckich i mediolańskich płytach[że co?!]. Rozległ się grzmot, chrzęst łamanych kopii…
Nie złamał drzewca, nie wypuścił broni, nie uderzył nikogo, bo nikt nie znalazł się na jego drodze. Żelazna lawina zmiotła krzyżackich kopijników, dosłownie zdeptała kopytami, a potem, jak niepowstrzymana górska rzeka przewalająca się przez zaporę, spłynęła na pachołków, strzelców i rycerzy walnego hufu.
Nawałnica spadła niespodziewanie. Zwichrzyła szeregi krzyżackiej jazdy. Bolko uderzył kopią, wyczuł bardziej, niż usłyszał, że drzewce łamie się z trzaskiem, cisnął broń nieprzydatną w ścisku, porwał za miecz , nie mógł go znaleźć, wyślizgana rękojeść wcale nie znajdowała się na swoim miejscu, u lewego boku. Obok wrzał bój, słyszał brzęk stali, ryk ścierających się w walce ciężkozbrojnych, okrutny kwik koni.
Poczuł dwa ciosy, jeden w pierś, drugi w hełm, z boku. Wstrząśnięty, przerażony, popychany z tyłu przez pachołków miotał się w siodle z wysokimi łękami.
Nie miał czym walczyć! Nie było miecza! Do kroćset!
Rąbnął na odlew pancerną rękawicą kapalin krzyżackiego knechta, zastawił się tarczą. Cios buławy przygiął go do tylnego łęku, zostawił na pawężce dwa wgłębienia, wrył się głęboko w malunek czarnego orła w żółtym polu.
Bolko porwał prawą ręką za lewy bok. Rozpaczliwie szukał miecza. Czyżby odczepił się? Upadł? Zginał w zamęcie!
I wtedy namacał go; broń sama wskoczyła mu w rękę. A kiedy szarpnął za rękojeść i zwrócił głowę w prawo, w lewo – wszak Sulima na tarczy zobowiązywała – zamarł, bo już… nie było z kim się bić. Zamiast krzyżackich łbów i białych płaszczy dostrzegł przed sobą morze pochylonych karków, pleców i ramion pierzchającej zaciężnej konnicy.
- Bij zabiiij! – dobyło się z tysięcy rycerskich gardeł. – Na nich! Z mocą Boską!
Koń Bolka porwał za pierzchającymi, rzucił się w pogoń razem z innymi; nie mając zresztą innej drogi, bo z tyłu napierały nań coraz nowe polskie zastępy. Kątem oka dojrzał krótką scenkę, krzyk poraził jego uszy skryte pod blachą hełmu.
- Książę Żagański zabit!
- Na śmierć!
Przeoczył chwilę, gdy Mikołaj Skalski zwarł się z rosłym brodaczem w niemieckiej płycie. Gdy rąbnął mieczem z góry, poprawił na odlew. Pod ciosem jego miecza pękła tarcza z gryfem, ostrze zawadziło o naramiennik, pozostawiając szeroką szczerbę. A Bernard Szumborski zasłonił się ręką w żelaznej rękawicy, widząc, jak z boków dopadają go giermkowie Skalskiego, opuścił miecz, chwycił za ostrze.
- Stać! Poddaję się! – ryknął. – Stójcie szlachetni panowie! Dość już!
Słowa zginęły w łoskocie kopyt, w brzęku blach, dźwięku zderzających się ostrzy.
Bolko widział, jak na jego oczach przestaje istnieć walny huf krzyżackiej armii; jak jazda wroga zmieciona i zmieszana atakiem rycerstwa z Wielkiej Polski rzuca się do ucieczki.
Pędził i gonił ich z innymi. Krzyżacy pierzchli w dwie strony – część konnicy w lewo – przepychając się i tratując, na trakt wiodący do Złotowa, reszta w prawo – ku Chojnicom i Tucholi.
Nikt ich nie ścigał. Z piersi rycerzy polskich wydarł się gromowy ryk zwycięstwa, bitewna wrzawa, krzyki i zawołania rodowe.
- Teraz! – zakrzyknął rozgorączkowany Górka. – Na wagenburg, mości panowie! Bić Teutonów! Prać ciurów, wozy brać!
- Gorze nam! – ryknął Jan z Rożnowa. – Stać, mości panie wojewodo! Ścigać Niemców! Gonić, łapać! To zaciężni! Zbiorą się, tył nam zajdą!
Nikt go nie słuchał, nikt nie zważał na słowa. Ława rycerzy puściła się pędem w stronę taboru krzyżackiej armii. Bez szyku, bez ordynku, jakby całą swoją masą chciała zmieść bojowe kolasy.
Wagenburg rozłożył się na szczycie wzniesienia ślepiąc na nadciągających wąskimi szczelinami strzelnic, czarnymi oczkami armatnich luf, odstraszał lasem włóczni, halabard, rohatyn, ozdobiony kitami dymków unoszących się z lontów i maźnic ze smołą.
Uderzyli o drewniane ściany i płoty jak żelazna lawina. I pierwszy raz w tej bitwie fala polska rozbiła się na tych zaporach jak na kamiennym murze. Konie kwiczały, padały, przysiadały na zadach przypierane do ustawionych skośnie wozów. Nie mogli sforsować zapory, ani cofnąć się, bo z tyłu z pieśnią na ustach waliły coraz to nowe zastępy rycerstwa.
Bolko rąbnął bezsilnie mieczem drewnianą ścianę zza której wychylały się kapaliny kuszników i strzelców. Zawrócił konia, chcąc przebić się w tył, z dala od taboru, ale przemożny napór niósł go wprost na zapory. Obok ojciec walczył i krzyczał, wywijał mieczem, krzyczał coś, co ginęło w chaosie.
Suchy, gorący grom. Pierwszy drugi, trzeci… Kamienne kule bombard wpadły w gęstwinę z przerażającym hukiem, masakrując ludzi i koni, łamiąc zwierzętom nogi, strącając jeźdźców pod kopyta.
Ława rycerstwa poczęła się dusić, szamotać, krzyczeć – odwrotu nie było.
- Bolkooo! – ryknął Jan z Rożnowa! – Sam tu, do boku trzymaj się synu! Za mną!
Wiedział co teraz nastąpi. Głuchemu grzmotowi dział zawtórował świst bełtów, jęk zwalnianych cięciw; suche gromy hakownic i piszczeli.
Dym i śmierć uderzyły w nich gorącym podmuchem. Słysząc kwik padających koni, jęki rannych i dobijanych, starosta nie bawił się w rycerskie konwenanse . Obrócił konia na zadzie, wbił się w gęstwinę płyt, brygantyn i płatów, bił swoich własnych kompanów, grzmocił po karkach płazem, torując sobie drogę z powrotem.
- Bolkooo! Za mną! Bywaj tu!
Młody Zawisza skoczył śladami ojca. Tuż obok huknął wystrzał, czyjś koń stanął dęba, Bolko zobaczył przez chwilę kopyta zawieszone tuż przed twarzą. Dostał cios, poleciał w bok, gdyby nie to, że uderzył ramieniem w tarczę ojca, grzmotnąłby o ziemię.
Powoli i brutalnie torowali sobie drogę w dzikiej gęstwinie koni i okutych w żelazo jeźdźców. Za nimi szedł Wojciech, stary pachoł, uchodził giermek Siemaszko, bo przy drewnianych ścianach Wagenburga szczerzyła zęby krzyżacka kostucha z katowskim mieczem.
Aż wreszcie wyrwali się z kłębowiska, gdzie nikt już nie dowodził, nikt nie ogarniał tego, co się działo. I podczas gdy jedni ginęli lub w rozpaczy uderzali żelaznymi piersiami o wozy, inni napierali na nich z tyłu spodziewając się łatwego łupu i zdobyczy.
A ze zwichrzonych szeregów co i raz wypadali zbrojni, powiewając zdobycznymi chorągwiami lub śpiesząc do obozu z wieścią o zwycięstwie.
- Wiktoria mości panowie! – krzyczał Paszko Gniewosz z Grzymisławic wywijając nad głową czarno złotą chorągwią Mikołaja von Koeckritza. – Drugi Grunwald!
- Pobici Niemce psubraty i Krzyżaki! – darł się Jakub Chotka
– Miodu dajcie!
- Piwa!
- Wiwat król! Wiwat Korona Polska!
- Do dna, do dna!
- Módlcie się za nas Matko Boża i anieli niebiescy – syknął Jan z Rożnowa. – Do króla, zanim będzie za późno!
- …ślubuję moim rycerskim słowem, męstwem i godnością, że stawię się w oznaczonym terminie sam własną osobą, z wykupem lub na żądanie waszej mości. A wszystkich obecnych biorę na świadki mego ślubowania – rzekł Szumborski unosząc ku górze dwa palce.
Ucałował podany mu krzyż, przeżegnał się.
- Pozwólcie mości panie oddalić się, zebrać czeladź i porachować straty. Dałem słowo, że stawię się na za waszym słowem gdzie chcecie - jako jeniec.
- Zezwalam! Idźcie w pokorze i głoście nowinę o naszym zwycięstwie! – rzekł Mikołaj Skalski.
Szumborski wstał z kolan, chwycił wodze konia, wbił trzewik w strzemię. Podciągnął się i usadowił w siodle.
Ale bynajmniej nie ruszył w stronę Chojnic.
Skoczył na skraj lasu, dokąd uciekały krzyżackie niedobitki z pola walki.
- Szybciej! – zagrzmiał Jan z Rożnowa. – Puszczajcie! Do króla. Jezu Chryste.
- Na tropach Diabła Łańcuckiego
W najbliższą sobotę, o godzinie 12.30 w Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w warszawskich Łazienkach, które mieści się przy ulicy Szwoleżerów 9, odbędzie się spotkanie na którym będę mówił zarówno o Stanisławie Stadnickim z Łańcuta, jak i o zbliżającej się premierze II tomu Samozwańca.
Jeśli ktoś zatem potrzebuje autografu, albo chce ich kolekcję uzupełnić, zapraszam na spotkanie do Łazienek. Nadmieniam też, że w kolejnych tygodniach zamierzam odwiedzić kolejno Tykocin, Korytów koło Zalesia, Rzeszów i Targi Książki w Warszawie, o czym będę informował na bieżąco na stronie.
Kończę powoli prace nad nową książką, mam nadzieję, że po 3 maja wreszcie będę mógł posłać ją do druku. Wszystko zależy od pogody - jeśli w najbliższą sobotę i niedzielę będzie lało, nie będzie chciało mi się siadać na koń, więc będę miał więcej czasu na pisanie.
- Nowe szaty Samozwańca
Już od jutra niniejsza strona dostępna będzie w nowej wersji. Przede wszystkim pojawią na niej informacje o kolejnym tomie Samozwańca, który ukaże się w księgarniach 7 maja. Serwis zostanie odnowiony i przebudowany, tuż przed premierą pojawi się także mapa pokazująca kolejny etap wyprawy Dymitra Iwanowicza po carską koronę.
Przepraszam, za brak wpisów, ale pilnie pracuję nad nową książką, której tytuł ogłoszę dopiero po premierze II części Samozwańca. Poza tym ostatnie wydarzenia i żałoba narodowa nie wprowadzają mnie w nastrój dobry do prowadzenia jakichkolwiek dyskusji.
- Ostatnie zlecenie Dydyńskiego
19 marca ukaże się "Banita" ostatnia książka o przygodach Jacka Dydyńskiego, stolnikowica sanockiego, a mojego sąsiada. Oczywiście Dydyński wystąpi jeszcze w kolejnych tomach cyklu "Samozwaniec", ale raczej nie pojawią się już żadne powieści i zbiory opowiadań, poświęcone tej postaci. Miejsce stolnikowica zajmie inny bohater, bo jestem już zmęczony przygodami pana z Niewistki.
Jacek Dydyński był postacią historyczną, posiadał całość lub jakąś część Niewistki w Ziemi Sanockiej, kilka kilometrów na północ od Sanoka, w dolinie Sanu. Natomiast gniazdem rodowym tego rodu była położona nieopodal Dydnia.
Przedstawiając tę postać na kartach opowiadań i powieści dokonałem oczywiście kilku korekt literackich. I tak prawdziwy Dydyński urodził się znacznie później, niż czasy, w których w Ziemi Przemyskiej grasował Diabeł Łańcucki, związany był raczej z jego synami w latach 20. XVII stulecia. Został też przez nich napadnięty, a Niewistka złupiona, czemu dał wyraz w licznych protestacjach i pozwach.
Prawdziwy Dydyński nie był też zapewne towarzyszem husarskim, ale Lisowczykiem; urodził się zapewne w okolicach roku 1600 (był więc za młody, aby służyć Stadnickiemu). Jego działalność jako zajezdnika, czyli specjalisty od organizowania zajazdów przypada na środek pierwszej połowy XVII stulecia.
Dydyński zginął w bitwie pod Zborowem, w 1649 roku walcząc w chorągwi Zygmunta Przedwojowskiego. Razem z nim położyło wtedy głowy wiele szlachty sanockiej, prawdopodobnie dlatego, że po ataku Tatarów nie uciekli do taborów jak reszta pospolitego ruszenia, ale pozostali do końca na polu bitwy wierni Rzeczypospolitej i królowi.
- Banita ukończony!
Dosłownie kilka sekund przed napisaniem tych słów posłałem do Fabryki Słów ostateczną wersję Banity - mojej nowej powieści o Jacku Dydyńskim.
Książka wyszła mi nieco przypadkiem. Tworzyłem długie opowiadanie do nowej antologii fabrycznej i nieco przez przypadek wyszła mi powieść. Nie wiem co się stało, ale nie mogłem jej skończyć, mordowałem się z tą historią przez długi czas, w efekcie czego opóźniły mi się prace nad II tomem Samozwańca. Mam cichą nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi ten poślizg, tym bardziej, iż Banita ukaże się prawdopodobnie już w marcu przyszłego roku.
Akcja powieści rozgrywa się w latach 30. XVII wieku w Przemyślu i okolicach Dubiecka. Bohaterem jest Jacek Dydyński i pewna... kurtyzana z krainy wojewodów, karmazynów i hetmanów. Fabuła jest jednak zupełnym przeciwieństwem Dymitra Samozwańca. Zamiast historycznej powieści awanturniczej wyszedł mi mroczny thriller historyczny, któremu bliżej jest do niektórych opowiadań z Opowieści z Dzikich Pól, czy Bohuna niż Diabła Łańcuckiego. Nie ukrywam - powieść jest bardzo brutalna, zwłaszcza, że traktuje o stosunkach między ludźmi - szlachtą i innymi stanami, a nie o konfliktach polsko-moskiewskich.
Jestem nieludzko zmęczony tą książką - zwłaszcza budowanie relacji między postaciami. Pisanie Samozwańca będzie dla mnie po tym wszystkim niczym balsam na żywe rany...
Postaram się też częściej dawać wpisy na blogu - milczenie było spowodowane tylko i wyłącznie pracą nad Banitą. A jest o czym pisać...
- Opowieści z Dzikich Pól wznowione!
Długo nie pisałem, za co przepraszam, ale całkowicie pochłaniało mnie nie tyle pisanie "Samozwańca", co nowej mikropowieści do najnowszej, jeszcze nie zapowiedzianej antologii Fabryki Słów. O tym wszystkim jeszcze napiszę szerzej, bo z tekstem, nad którym właśnie skończyłem pracować wiążę dość szerokie nadzieje... Ale o tym już wkrótce.
Tymczasem ukazało się kolejne, trzecie już wznowienie "Opowieści z Dzikich Pól", mojego debiutanckiego zbioru opowiadań, którego pierwsze wydanie ukazało się równo 10 lat temu w wydawnictwie Alfa. Nie powiem, mam do "Opowieści..." podejście sentymentalne, ale dziś uważam je za młodzieńcze opowiadania. Z czym jednak nie zgadza się Jacek Dukaj, więc mając jego rekomendację mogę śmiało polecić ten zbiorek.
A jednocześnie informuję, że w sobotę i niedzielę przebywał będę w Niepołomicach, gdzie 26 września na zamku, o godzinie 18.30 odbędzie się spotkanie autorskie. Zapraszam.
- Dlaczego nienawidzę Sienkiewicza
Odpowiedź jest prosta - bo stał się symbolem pewnej generacji ludzi dorastających w komunistycznej Polsce, którzy - mówiąc intelektualnie - próbowali zawłaszczyć sobie jedyną i słuszną wersję polskiej historii.
Tłumacząc zaś obrazowo: Trylogia jest dla mnie znakiem rozpoznawczym zarówno ludzi związanych z komuną, jak i z nią walczących - których połączyła wspólna, internacjonalna można by rzec - niechęć do mojej wersji historii pierwszej Rzeczypospolitej.
Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90., kiedy chodziłem po różnych wydawnictwach usiłując wydać "Wilcze Gniazdo" i napotykałem na mur niechęci. Wszyscy bowiem wydawcy jak jeden mąż twierdzili, że moja powieść nie ma szans na zaistnienie, bo przecież istniał już wielki, niepodważalny, jaśniejący jak gwiazda na firnamencie Henryk S. Bo przecież zbrodnią i świętokradztwem byłoby opublikować coś, co podważa wizję takiego Autorytetu!
Piszę to wszystko już po lekturze najnowszej książki Rafała Ziemkiewicza - "W skrócie", w której przedstawia on dość szczególną wizję polskiej sceny politycznej, medialnej i kulturalnej. Oto usiłuje rządzić nią Salon - środowisko twórców, dziennikarzy i polityków skupionych wokół Gazety Wyborczej, którzy bez przerwy odwołują się do tak zwanych Autorytetów, mówiących, że zacytuję Ziemkiewicza wprost: "narodowi, co ma myśleć, czego słuchać, z czego rechotać, przed kim się ukorzyć" itd. Takim właśnie Autorytetem był jednak w czasach, kiedy miałem kłopoty z Wydawcami Henryk Sienkiewicz i do niego bez przerwy się odwoływali wydawcy w rozmowach ze mną.
Sytuacja, której byłem wówczas świadkiem pokazuje dobitnie, że rzekomy, wspominany przez Ziemkiewicza Salon istnieje nie tylko u boku Gazety Wyborczej, ale także na prawicy i w tej części środowisk postsolidarnościowych, które z "Wyborczą" nie mają nic wspólnego. Tak naprawdę mam wrażenie, że atakowany zajadle przez autora "W skrócie" Adam Michnik i jego środowisko, nie za bardzo różni się od grup związanych ze "Wprostem", "Dziennikiem" czy "Rzeczypospolitą", za czasów gdy współpracował z nią rzeczony Ziemikiewicz. Wszystko to są po prostu sitwy popierające tylko "swoich" i zajadle atakujące przeciwników. Tym zas co ich łączy - jest fakt, że jedni i drudzy są unurzani aż po szyję w rozliczeniach i układach z czasów komuny. I nic innego nie są w stanie zaoferować Polsce i społeczeństwu.
Dowód na prawdziwość moich słów? Jest dość zaskakujący. Otóż nie będąc wcale człowiekiem lewicowych poglądów, gardząc wszelakimi układami, sitwami i salonami (chętnie bym do któregoś wjechał konno, jak Wieniawa do Adrii), spotkałem się jednak kilkakrotnie z życzliwym przyjęciem owej znienawidzonej przez Ziemkiewicza "Gazety Wyborczej", która do czasu premiery "Michnikowszczyzny" zamieszczała nie tylko recenzje, ale nawet wywiady ze mną przy okazji pojawiania się "Galeonów Wojny czy "Diabła Łańcuckiego". Nie muszę dodawać , że żadne z prawicowych mediów, jak "Wprost" czy "Rzeczpospolita" nie poświęciło mi bodaj ćwierci szpalty, a moje książki wysyłane do nich do recenzji giną niby w otchłani - jak polskie zboże w XVII-wiecznym Chłańsku.
Dziś rzecz oczywista pokazać mogę wszystkim mediom, czarnym, białym, różowym czy fioletowym gest JM Kozakiewicza. Jak nie chcą, to mogą wcale o mnie nie pisać, nie sądzę aby w jakiekolwiek sposób podnieśli mi nakład. Albo sprawili, iż moje książki przestaną się sprzedawać, bo moją pozycję zawdzięczam tylko i wyłącznie Czytelnikom. Milczenie mediów może być mi nawet na rękę, bo chroni mnie od pokusy, by mówić poprawnie politycznie komunałki (w nadziei, że nie podpadnę nikomu) zamiast gorzkiej i brutalnej prawdy.
Bo i co mogą mi w takiej sytuacji zrobić? Zabrać dotację na książkę? Zabrać stypendia? Jakie stypendia? Jakie dotacje?! Ja przecież żyję z wydawania książek!
Wracając jednak do Sienkiewicza i moich perypetii z wydawaniem "Wilczego Gniazda" w latach 90., to rzecz ciekawa, ale niechęć do mojej twórczości i powoływanie się na Autorytet Sienkiewicza połączyło przeciwko mnie zarówno prawicowych, jak lewicowych wydawców. Podobnie przyjmowano mnie w post-solidarnościowej Supernowej, jak i w Iskrach i innych wydawnictwach, gdzie stołki i władzę dzierżyli jeszcze dawni towarzysze lub ludzie dyspozycyjni wobec partii.
Sienkiewicz w moim mniemaniu jest zatem znakiem starej, wymierającej powoli elity kulturalnej Polski, która żyje jedynie obrachunkami z komuną i nie jest w stanie nic ciekawego przekazać młodym pokoleniom Polaków. Owszem zrobi kolejny Katyń, albo inną literature/film/publikację historyczno-martyrologiczną, ale nie położy w ten sposób ani cegiełki pod odbudowę dawnej Rzeczypospolitej. Generacja owa (a raczej pewna jej część, bo wśród pokoleń, o których piszę jest bardzo wiele rozsądnych ludzi) cytuje Sienkiewcza na wyrywki, jak pacierz, albo czerwoną książeczkę tow. Stalina. Czyni to zarówno lewicujący Andrzej Sapkowski, jak i prawicujący Marcin Wolski. Post-solidarnościowy Mirosław Kowalski z Supernowej, jak i towarzysz Wiesław Uchański z Iskier. Ubecy, przypucowujący się jako polscy patrioci, jak i autentyczni działacze solidarnościowego podziemia.
Dlatego właśnie nie lubię Sienkiewicza, od którego oczywiście zaczynała się moja przygoda z XVII-wiekiem. To znak, symbol tego co niezmienne, jak niewzruszony miał być w Polsce komunizm. Poza powyższymi zadecydowały o tym także względy historyczne. Otóż kiedy zacząłem studiować historię, zabrałem się za czytanie źródeł. To znaczy listów, pamiętników, dawnych kronik i diariuszy z czasów powstania Chmielnickiego. I wtedy zobaczyłem, że historia przedstawiona tak jednostronnie w "Ogniem i Mieczem" ma jednak drugą stronę medalu.
I powiedziałem sobie: nigdy więcej sienkiewiczowszczyzny.
Czemu jestem wierny do dziś.
- Galeony Wojny otrzymały nagrodę im. Teligi
Miło mi donieść, że moja marynistyczna powieść o bataliach polskiej floty w XVII wieku otrzymała nagrodę im. Leonida Teligi przyznawaną przez miesięcznik "Żagle". Niezmiernie cieszy mnie, że książka będąca dziełem urodzonego kawalerzysty i zaledwie skromnego teoretyka dawnej żeglugi została doceniona przez środowisko żeglarzy. Oznacza to, że chyba jednak udało mi się odtworzyć nie tylko realia XVII-wiecznych podróży morskich, ale i klimat dawnych okrętów.
A mi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko kontynuować tematy marynistyczne i zaraz po zakończeniu "Samozwańca" powrócić znowu do wantów i brasów, do głębokich wód i uskrzydlonych okrętów. Zapowiadam: będę kontynuował tematykę marynistyczną i być może "Galeony Wojny" doczekają się kolejnych tomów...
Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się 8 sierpnia w Gdyni, w restauracji w centrum handlowym GEMINI (przy Skwerze Kościuszki) o godzinie 20.00. Zapraszam.
- Partia rotmistrza Szymańskiego
Samozwaniec tuż tuż, a ja zgodnie z obietnicą wrzucam kawałek mikropowieści, która ukaże się już niebawem w antologii Fabryki Słów "Bajki dla dorosłych". Mam nadzieję, że mnie wydawca nie skróci o głowę. Opowiadanie rozgrywa się w wieku... No cóż, sami zgadnijcie drodzy Czytelnicy.
1. Rozdziobią nas chłopi i wrony
Trupy na polskim stosie ofiarnym, w jaki zmieniła się łąka pod Małogoszczem, nad wierną rzeką Łosośną, zdążyły nie tylko ostygnąć, ale i zesztywnieć. Leżały ciche i spokojne, pokryte krwawymi nacięciami moskiewskich pałaszy; naznaczone plamkami czerwieni w miejscach, gdzie kula ugodziła ciało i szerokimi rozgwiazdami tam, gdzie znalazła wyjście. Splecione w wieczystym braterstwie broni. Wiekuiście znużone bojem, jaki poprzedniego dnia stoczyły w miasteczku partie Langiewicza i Jeziorańskiego z wojskami Czengierego, Gołubowa oraz arcyzdrajcy i moskiewskiego bękarta Dobrowolskiego. Krwawy plon bitwy, w której moralna chwała przypadła jak zwykle powstańcom, doczesne zaś zdobycze, w postaci Małogoszcza i taborów polskich – carskim służalcom.
Trup pana Szymańskiego okazał się znacznie bardziej żywotny niż pozostałe. Miał więcej szczęścia od kompanów z partii, a może też po prostu przeoczyli go Moskale dobijający rannych bagnetami; przetrząsający torby i kieszenie w poszukiwaniu złotych imperiałów, gorzałki, machorki. W każdym bądź razie ich ciosy nie były śmiertelne, bo nagle poruszył się pod stosem ciał, jęknął, a potem otworzył oczy, dając wszem i wobec świadectwo, że choć skłuty i poraniony jak Chrystus Narodów, to jednak był w stanie zejść z krzyża o własnych siłach.
Najpierw w oczy uderzyła go jasność. Nie były to jednak fajerwerki, jakie towarzyszyły otwarciu bram raju, ale łuna Małogoszcza. Moskale mszcząc się bowiem za długi opór powstańców podpalili miasteczko, oczywiście po uprzednim splądrowaniu.
Szymański czuł zimny, przeszywający ból w lewym, przebitym kulą na wylot, pokrytym zakrzepłą krwią przedramieniu. W prawym boku, tam, gdzie pod stosami ciał dosięgnął go ostry grot moskiewskiego bagnetu, niczym cierń dokuczała mu paskudna rana.
Nigdy jeszcze życie nie wydawało się tak bolesne.
Leżał na zakrwawionym śniegu, zdeptanym tysiącami kopyt i nóg, zmienionym w błotniste, zamarzające bajoro. Szymański zesztywniał i przemarzł na sopel. Nie miał kożuszka, buty także gdzieś poszły – pewnie na nogach Moskali, albo zacnych chrześcijan, ściągających na pobojowiska jak kruki na żer. Lewą nogę przygniatał łeb wiernego kasztana, który padł od kartacza, kiedy wraz z partią Jaszowskiego szli do beznadziejnej szarży.
Poruszył prawą ręką, podparł się, aby wypełznąć spod zwłok towarzyszy. Brzuch przygniatało mu martwe ciało Grossterna – Żyda spod Kalisza, za którego głowę wyznaczono nagrodę tysiąca rubli, na nogach zaś czuł ucisk zwłok młodego Jamesa de Gordon – Anglika, który przybył wraz z partią małopolską, bić się za wolność waszą i naszą, tudzież oswobodzenie Królestwa Polskiego od najezdniczej, azjatyckiej dziczy zwanej Moskalami. Dalej leżeli kolejni – martwi, stratowani, powstańcy i ochotnicy, Włosi, Niemcy, Francuzi, nie licząc oczywiście Polaków z rodzinnej partii Jeziorańskiego, zebranej w Jeruzalem pod Rawą.
Nie wyglądało to dobrze. Nie wyglądało zachęcająco. Podobnie, jak cała przyszłość Królestwa Polskiego i Rządu Narodowego, któremu władza wymykała się niczym lejce z rąk woźnicy pijanego samą wolnością, bo na gorzałkę nie starczało już pieniędzy.
Jęknął i prawie zawył, wyczołgując się spod trupów. Koszula, którą mu zostawiono skostniała jak żelazny kirys, przymarzła do zwłok towarzyszy. Poszarpał rany , oddzierając ją od ciała, zostawił skrawki płótna na krwawych czamarach powstańców. Obrócił się na brzuch i, niemal szlochając z bólu i zimna, brnął w zamarzniętym po wierzchu błocku, wydostał się na śnieg, który mokrym chłodem owionął rany i skaleczenia. Bok, przebity bagnetem rwał jak rozdzierany hakiem rozpalonym do czerwoności. Szymańskiego skręcał ból, dokuczało pragnienie. Lewą ręką nie mógł ruszać, prawą zaczerpnął garść śniegu, przytknął do warg i począł jeść chciwie. Ulżyło….
Nie mógł wstać. Pełznął zatem przed siebie, pozostawiając w śniegu szeroką, zakrwawioną koleinę, byle dalej od stosu trupów; wiedział, że jeśli bitwa została przegrana, a na to niestety się zanosiło, Moskale wrócą niechybnie by pogrzebać ciała. Z nimi żartów nie było. Szymański wątpił, by chcieli wlec go do aresztu czy na komisję śledczą. W tym stanie i takim stroju nie wyglądał na paliaczyszkę-buntowszczyka, noszącego w zanadrzu podręcznik do robienia spisków; prędzej na stracha na wróble. Powstaniec nie wątpił, że każdy Doniec czy Moskal, dobije go kolbą, ciosem łaski; zwłaszcza, kiedy przekona się, iż przy boku jeńca nie ma kabzy wypchanej grosiwem. Zatroszczyli się bowiem o nią wcześniej żołdacy od Czengierego i Dobrowolskiego, zabierając powstańcowi nawet woreczek z pięcioma półimperiałami zawieszony na szyi razem z kartką, na której wypisano prośbę, komu zanieść wiadomość w razie jego śmierci.
To tyle ze wszystkich nowin.
Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy tryknął głową o dębczaka; młode drzewko wyrosłe na miedzy, szeleszczące brązowymi, wyschniętymi liśćmi, które jeszcze nie osypały się z gałęzi, sterczące samotnie wsród wśród stratowanych zagonów. Ujrzawszy tę dziadowską podporę, Szymański zacisnął wargi, podkurczył nogi, podniósł się najpierw na jedno; potem na drugie kolano.
Jakoś to poszło, jakoś to było - w każdym razie na pewno o wiele lepiej, niż próba wzniecenia insurekcji w rawskim powiecie. Wreszcie stał na dygocących nogach, czując lodowate szpile wbijające się w bose stopu stopy. Walcząc z zimnym, szarpiącym bólem, ruszył przed siebie, powłócząc nogami jak błędny, byle dalej, dalej i dalej… Zgubić się w śnieżnej bieli. Jego kroki czerniały na śniegu jak zwiędłe liście.
Źle zrobił; lepiej było zostać przy stosie trupów. Ledwie przemierzył dębinę, a za nią polanę zarośniętą kolczastą tarniną, znienacka rozszczekały się przed nim wiejskie kundle, a w nozdrza uderzył zapach dymu. Wieś… Gdy patrzył na szare strzechy chałup pokryte grubymi płatami mokrego, osuwającego się w dół śniegu, wydała mu się oazą spokoju. Tu mógł otrzymać ratunek i pomoc. A jednak, kiedy ruszył przed sobie, skostniały jak całun śmierci, pokrwawiony i umorusany w błocie, przekonał się, jak bardzo się mylił.
Dostrzeżono go od razu. Zobaczył pastucha, bosego jak on sam, lecz przecież przyodzianego w czapę i zgrzebną, samodziałową kamizelę, za którą Szymański oddałby w tej chwili własną duszę. Ujrzał chłopów w sukmanach i kożuchach, nadciągających z pól, wypadających z chałup. Nie minęło wiele chwil, gdy spory tłum zgromadził się przed rannym powstańcem.
- Ludzie! – rzekł głucho Szymański. – Pomocy… Zmiłowania proszę.
Niski, pleczysty chłop w watowanej siermiędze ruszył w jego stronę. Lecz drugi – wąsaty, z pulchną, ogorzałą gębą - chwycił go za ramię, powstrzymał.
- Ej, ty tam – zagadnął, niskim, charczącym głosem – coś ty za jeden? Przybłęda?
- Widzicie, że jestem ranny…
- A kaj cię tak poranili?
- A to nie wiecie? W bitwie…
Tłum cofnął się jak od zadżumionego. Zafalował, zaszemrał. Niski, siwawy chłopek przeżegnał się, jakby zobaczył diabła.
- W bitwie? Toś ty powstaniec?
- Z partii rawskiej… Ratujcie…
- No, bracie – warknął gruby, wielki jak góra chłop w dostatnim kożuchu, z blachą na piersi. – Skoro sam powiadasz, żeś buntownik i żeś w bitwie był, to my cię w areszt zajmujemy.
Szymańskiemu zdawało się, że się przesłyszał.
- W areszt? Mnie? A za co?
- Do miasta musimy cię odstawić. Do Kielc. Pójdź z nami, ja tu sołtys.
- Jak to? Co z was za Polacy…
- O, znalazł się jesce jeden pan Polak. Słysałeś Sczypon? – wyseplenił drągal o niskim czole i czarnych, prawie schodzących się brwiach. Jego rozwarte usta demonstrowały liczne braki w uzębieniu, a zwłaszcza poczerniałe pieńki po przednich zębach, wybitych po to, by nie wzięto go w sołdaty.
- Ty paniczyk, nie skakaj. Nu, chłopy, trza go wiązać.
- Wy mnie wydać chcecie Moskalom? – jęknął Szymański. – Przecie ja za waszą wolność się biłem…
Dziwne, lecz słowa powstańca wcale nie zabrzmiały niczym dzwon budzący z wiekuistego snu sumienie polskiego ludu.
Zamiast tego chłopi wyszczerzyli czarne i połamane zęby.
- Uuuu, cha, cha! – zagrzmiał sołtys. - Takie gadki to my już słyszeli. Ty se gadaj, a tu jest prikaz. Chodź bracie z dobrawoli!
- Kajżeś buty zgubił, panie wolność?
- Buntownik! Powstaniec! Miatieżnik! – rozkrzyczeli się pozostali chłopi.
- Nagroda za takiego!
- Tfu, zaraza boska z nimi!
- Przez tych Poloków Kocmyrzów Duny spaliły – wysepleniła baba, stara i zmurszała jak sosna - ludzi wegnali! Nahajami skórę skroili!
- Antek, Janko! – grzmiał sołtys. – Chybiajcie z powrozami! W łyka brać!
Chłopi nie żartowali. Dwóch wsiowych chłystków wyskoczyło z gromady ze sznurami. Za nimi podszedł kędzierzawy chłopina w baraniej burce, potem dwóch parobków z widłami, dalej zaś sołtys i reszta przyszłych obywateli Rzeczpospolitej Trojga Narodów, której próba odbudowy kosztowała pana Szymańskiego ból, pot i krwawe łzy. A na dodatek konia, szablę, belgijski sztucer i kulbakę, nie mówiąc już o nadszarpniętej dumie.
Obywatele włościanie otoczyli go kręgiem nieprzyjaznych, wąsatych gąb, pierścieniem nieświeżych, przesyconych gorzałką oddechów, koliskiem przekrwionych oczu i kędzierzawych łbów.
- Brać go!
- Iii, takiego ta wiązać – rzekł ktoś z tłumu. – Powroza szkoda. Toć toto do figury w Borku nie dojedzie i uświrknie.
- Zamrze i bez postronka.
- A puścić toto – rzekł niski, czarniawy chłopina, który w tych okolicznościach zdał się Szymańskiemu; pewnie największym patriota patriotą w całej wiosce. - Niech ta lezie, skąd przyszło.
- Wieś nam Moskale spalą! – ryknął sołtys. - Przyjdą tu Duny po śladach. Nie wy będziecie pod nahajką rzycią świecić. Zwijajcie się! Polak jest – to trza go brać!
Chłopi skoczyli na rannego jak wilcy. Pierwszy złapał za zakrwawioną, wiszącą bezwładnie lewą rękę. Drugi zamierzył się kułakiem. Znikąd nie było wyjścia, ratunku, ani pomocy.
- Ludzkości, rodzie Kaina! – jęknął powstaniec. – W wnętrznościach mogił szlocha lud i szlocha serce krwawe…
I nagle, dosłownie z jasnego nieba uderzył grom.
Zanim Szymański zorientował się, że miał on postać kuli z niemieckiego rewolweru Adamsa, w gromadę chłopów wpadł kary koń dźwigający pannę ubraną po męsku, z rozwianym warkoczem wymykającym się spod konfederatki. Na długim rzemieniu ciągnęła za sobą powodowego wierzchowca; nieźle radziła sobie w siodle, trzymała wszystkie wodze w jednej garści, a drugą, uzbrojoną ręką mierzyła prosto w łeb sołtysa.
- Dość już! – jej głos był jak smagnięcie batem. – Puśćcie go i wszyscy precz!
Tłum zafalował, zahuczał groźnie.
Nie dała mu przyjść do sprawy.
Jednym ruchem uderzyła konia ostrogami, wpadła w gromadę włościan obalając i tratując chłopów. Strzeliła jeszcze raz – nad ich głowami, aż echo odbiło się od ciemnozielonej ściany lasu.
- Wsiadaj!
Bezwiednie ruszył w stronę luźnego konia. Nie zdołał nawet chwycić wodzy pokrwawioną dłonią; wierzchowiec spłoszył się i cofnął.
- Na co czekasz?!
Nie miał sił, by wykrzyczeć, że nie poderwie się z ziemi, bo biodro rwało bólem i gorącem. Padł na szyję niespokojnego zwierzęcia.
- Polska miatieżniczka! – zaryczał sołtys przezornie skryty gdzieś w tłumie przestraszonych chłopów. – Bierzcie ją, gromada! Pół rubla nagrody dam!
Jednym ruchem panna chwyciła Szymańskiego za pokrwawioną koszulę na karku, poderwała go w górę z niezwykłą siłą, aż krzyknął, gdy przerzuciła przez kulbakę. Jęknął padając na przedni, wysoki łęk, podciągnął prawą nogę, przerzucił nad końskim grzbietem.
Cudem usiadł w siodle, cudem odnalazł wodze. Nie musiał powodować koniem, bo nieznajoma nie wypuściła z ręki cugli, zacięła rumaka batem, aż skoczył w przód niczym kula wystrzelona z ośmiofuntówki.
Wypadli za opłotki wioski ścigani krzykami, wrzawą, przekleństwami. Nie słyszeli głosu sołtysa, który podbił stawkę do jednego, a potem dwóch całych rubli. Przesadzili zmurszały płot, pognali na pola. Z tyłu trzasnął wystrzał, kula szyderczo gwizdnęła między gałęziami.
A potem wjechali między jodły i świerki, zapadli w polski las. Szymański nie pamiętał dalej nic; może gałęzie chłoszczące go po twarzy; drzewa migające w oczach. Stare dęby, polana między nimi, splątane korzenie. Upadek jak z najwyższego drzewa, miękki dotyk mchu i zapach mokrej ziemi.
I wreszcie ręka dziedziczki gładzącej go po czole.
- Śpij… Śpij, panie Szymański.
Więc usnął, pierwszy raz bez bólu i cierpienia.
- Jadę do Nidzicy
Od jutra (czwartek, 11 czerwca) przebywać będę w Nidzicy na XVI Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki. Jutro o godzinie 12.30 w Galerii pod Belką na Zamku będę mówił m. in. o "Samozwańcu" i innych sprawach związanych z moimi książkami.
Zapraszam oczywiście także na piwo, które jest nieodłącznym elementem wszelakich spotkań o literaturze i historii. Czasu na rozmowy będzie sporo, bo w Nidzicy przebywać będę do niedzieli.
- Oblężenie Zamościa... przeżyłem
...dzięki zacnemu konikowi rasy małopolskiej, który zowie się Potęga i nie boi się nie tylko strzałów, ale i samego diabła. Ogólnie inscenizacja była udana, choć lało jak z cebra i wszystkie nasze kolczugi wymagają czyszczenia z rdzy, a bitwa przebiegała inaczej niż w zeszłym roku. W sobotę, my - pancerni z Towarzystwa Jazdy Dawnej -ganialiśmy się z komunikiem zaporoskim po polu na zasadzie raz my gonimy, a za drugim razem uciekamy. Nie doszło do starcia z piechotą, jak rok temu, może dlatego, że - jak się potem dowiedziałem - sporo piechurów obawia się konnicy. Normalna rzecz - piechota pozbawiona pik ma małe szanse na pokonanie kawalerii, ale też trzeba pamiętać, że na inscenizacjach nigdy nie najeżdżamy w galopie na przeciwnika, bo byśmy naprawdę się pozabijali.
Wydaje mi się jednak, że po zeszłorocznej batalii organizatorzy zrobili się ostrożniejsi w wykorzystaniu walorów jazdy pancernej.
Całą sobotę spędziłem na koniu, co może się wydawać przyjemne komuś, kto nigdy nie siedział w siodle, albo poszedł sobie do bitwy na piechotę. Uczestnictwo w inscenizacji historycznej na koniu to prawdziwe wyzwanie, a i strach bierze człowieka całkiem niezły. Ja wróciłem dosłownie wykończony, co dowodzi ile wytrzymalsi byli ludzie w XVII wieku. Pasek i Poczobut-Odlanicki piszą w pamiętnikach, że nie schodzili z konia czasem i po 2-3 dni, gdy wojsko stało w szyku, a w nocy towarzysze po prostu spali przy wierzchowcach z wodzami w ręku (Pasek na przykład pisze, że kładł sobie pod głowę trupy Moskali). To, o czym nie napisał, a co by nas zszokowało w wojsku XVII stulecia, to niesamowity brud. Po jednym dniu inscenizacji i jazdy konnej w pancerzu towarzysza człowiek ma ręce czarne od konia i żelaza, wszystko przesiąknięte jest końskim potem i wonią prochu. Mam wrażenie, że jeśli padał deszcz, w dawnych obozach musiało być niesamowite błoto. W piątek w stajni w Zamościu na mokrej ziemi robiliśmy sobie manewry - wystarczyło, że 4 konie pobiegały sobie w kółko po mokrej trawie przez jakieś 2 godziny, a zaraz zaczęło się tam robić grząsko. Jak wyglądało to w obozie, gdy każdy towarzysz miał przynajmniej 5-6 koni, a w całej armii było ich np. 10 tysięcy? Moim zdaniem wystarczył drobny deszcz, a drogi między stancjami zamieniały się w bajora, w których końskie łajno mieszało się z błotem.
Tyle refleksji po Zamościu. Jak zwykle na biesiadę wróciłiśmy późno (bo trzeba było konie odstawić). Tymczasem piechota i spieszone pospolite ruszenie zdążyła już wypić większość miodu i zjeść co lepsze przysmaki. Taki już los kawalerzysty w dzisiejszych czasach...
Miło jednak popatrzeć sobie z góry na panów braci, bo powiadam, że nie będzie nigdy polskim panem ten, kto nigdy w życiu nie dosiadał konia. A jak podjadę na koniu do różnych krzykaczy, nagle znikają gdzieś mistrzowie szabli i rapiera, jakoś tak pusto się robi wokół człowieka...
A czasem widuję prześmieszne obrazki na bitwach. Na przykład husarzy ze skrzydłami, w zbrojach i jakby tego było jeszcze mało - w ostrogach - stojących pieszo w błocie. Kiedyś widziałem nawet pewnego jegomościa, co niósł w ręku olstra z pistoletami, które normalnie powinny spoczywać na szyi konia.
Wróciłem ja sobie do Warszawy, a tu na poczcie leży już pismo od Ichmościów panów napoleończyków, bo zaraz, za chwilę jedziemy pod Waterloo, tym razem w barwach szwoleżerów. Nie ruszyłbym nawet paznokciem, by bronić sprzedajnej, francuskiej murwy, ale dla Cesarza uczynię wyjątek.
Tymczasem zaś zapraszam na stronę portalu Paradoks, gdzie ukazał się mój niepoprawny politycznie wywiad:
http://www.paradoks.net.pl/read/10778
- Bitwa konna w Zamościu
W najbliższą sobotę 30 maja będę na inscenizacji oblężenia Zamościa przez Kozaków i Tatarów w 1648 roku. Oczywiście przyjadę konno, razem z moją chorągwi pancerną, około godziny 16 wezmę też udział w bitwie kawaleryjskiej Kozaków i Polaków.
Co zaś najciekawsze dla powieści "Samozwaniec", będę prawdopodobnie jechał na jednym z koni, które opisałem w tej powieści (kto dostał egzemplarz recenzencki, przeczytał i przyjdzie na inscenizację, pewnie domyśli się, która to Sonka, a która Białonóżka, choć oczywiście imiona koni w powieści nie do końca odpowiadają tym prawdziwym).
Przypominam, ze wierzchowce zaś pełnią w "Samozwańcu" podobną rolę, co okręty w "Galeonach Wojny", w każdym bądź razie chciałem przedstawić z równą pieczołowitością ich charaktery, ruchy, wygląd i zachowanie. Wszystkie konie, które opisałem mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości - przede wszystkim z Hrubieszowa, choć kilka pochodzi również ze stajni w Starej Miłosnej w Warszawie. Konie z Hrubieszowa, które mieliśmy na bitwie pod Zamościem rok temu są jednak o tyle interesujące, że należą w większości do rasy małopolskiej, która (jak twierdzą niektórzy hodowcy) odpowiada mniej więcej koniom staropolskim, czyli takim, na jakich szarżowała pod Kircholmem husaria.
Nie będę niestety miał w Zamościu spotkania autorskiego, gdyż czeka mnie zwykły los kawalerzysty na inscenizacjach historycznych - pilnowanie i oporządzanie konia, kiedy piechota i pospolite ruszenie pije sobie zimne piwko w cieniu. Taka jest niestety dola towarzysza pancernego...
Zapraszam jednak na ucztę po bitwie, przygotowaną przez organizatorów - zapewne w sobotę wieczorem, w kazamatach.
- Porządki w komentarzach
Aby uporządkować komentarze i odpowiedzi, dostępne są dodatkowe znaki i funkcje. Od teraz, aby zaznaczyć w komentarzu część tekstu, która ma zostać wyświetlona kursywą, należy dodać przed tekstem znak: (klamra kwadratowa lewa)i(klamra kwadratowa prawa), a na końcu wybranego fragmentu: (klamra kwadratowa lewa)/i(klamra kwadratowa prawa).
Po wstawieniu znaku: (klamra kwadratowa lewa)hr(klamra kwadratowa prawa) tworzy się przerywana linia oddzielająca np. jedno pytanie od następnego.
Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany przyczynią się do łatwiejszego komentowania mojego bloga przez Czytelników.
- Awizy pewne o Samozwańcu
Tym razem chciałbym zdradzić kilka szczegółów na temat samego cyklu "Orły na Kremlu". Dowiedziałem się także wreszcie na jakim etapie jest tekst pierwszego tomu Samozwańca. Zsiadłwszy tedy świeżo z konia, przy zacnej sobocie przystępuję zatem do opisu co takiego kryje się pod tym tytułem.
A więc cykl "Orły na Kremlu" opowiadac będzie o wojnach polsko moskiewskich w latach 1604 - 1615. Mieści się w tym zarówno wyprawa pierwszego Dymitra Samozwańca, jak i jego mało chwalebny koniec, a także walki o władzę Maryny i II Dymitra, który pojawił się w 1607 roku podając się z kolei za cudownie ocalonego Dymitra I. Jak również wojna polsko-moskiewska, która rozpoczeła się we wrześniu 1609 roku, a zakończyła zwycięską bitwą pod Kłuszynem rok później i ponownym zdobyciem Moskwy (pierwszy raz weszły tam nasze wojska za Dymitra I).
Pierwsza część tej serii to właśnie Samozwaniec, który składać się będzie z 4 tomów. Początkowy ukaże się w połowie maja, choć być może premiera będzie trochę później, na Targach Książki, które zwykle mają miejsce koło 20 tegoż miesiąca.
Drugi tom ukaże się na pewno w tym roku na jesieni. Zapewne trzeci na wiosnę lub pod koniec marca Anno Domini 2010, a ostatni na Zielone Świątki lub na święto Matki Boskiej Zielnej, a najpóźniej na Podniesienie Krzyża Świętego tego samego roku.
Czyli w sierpniu, albo we wrześniu 2010.
Tom pierwszy, mniej więcej grubości "Diabła Łancuckiego" trafił już do składu. Są już gotowe mapa i ilustracje, niedługo zapewne na tej stronie pojawi się okładka, a pewnie w okolicach 15 kwietnia trafi do drukarni. Książka dostępna będzie w wersji z miękką i z twardą oprawą.
Tom drugi jest w trakcie pisania, które wszakże zawiesiłem na chwilę (na jakieś 2 tygodnie), aby odpocząć od tematyki XVII wieku. A co przez ten czas napisałem do nowej, na razie ściśle tajnej antologii Fabryki Słów, tym już niedługo podziele się na łamach niniejszego pamiętnika.
Zaś ci, z WM Państwa, którzy mają jakieś sugestie co do tego, co powinno się znaleźć w II tomie Samozwańca (opisującym już samą Moskwę), proszę o wpisywanie się do regestru komentarzy.
- Na Moskwę!
Witam na stronie poświęconej cyklowi powieści historycznych "Orły na Kremlu". Pierwszy tom, noszący tytuł "Samozwaniec" ukaże się w maju tego roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.
Na początek winny jestem kilku wyjaśnień. Prezentowany wcześniej na stronie film, to krótka etiuda filmowa zrealizowana we współpracy z Towarzystwem Jazdy Dawnej i absolwentami Warszawskiej Szkoły Filmowej. Nie jest to zwiastun, ani zapowiedź filmu fabularnego na podstawie mej powieści, gdyż w naszym kraju nie ma możliwości, ani środków, aby stworzyć wielkie kino historyczne.
Bitwy husarii na lodowatych stepach Moskwy. Ogromne armie ścierające się w boju... To wszystko na razie Polacy mogą zobaczyć jedynie oczyma wyobraźni, czytając książki historyczne, do czego uniżenie nakłania autor niniejszego pamiętnika.
Dlatego "Samozwaniec", opowieść o wyprawie Polaków na Moskwę na początku XVII wieku powstał jako wyraz zniechęcenia autora współczesnym polskim kinem prezentującym dzieła martyrologiczne jak "Katyń" czy "Popiełuszko", przedstawiające Polskę jako kraj życiowych nieudaczników, bez przerwy gnębionych i najeżdżanych przez sąsiadów. Jednocześnie moim zamiarem stało się jak najwierniejsze przedstawienie prawdy historycznej; "Samozwaniec" nie jest bowiem pozycją pisanią za ani przeciwko Rosji i przedstawia brutalną historię wojen polsko-moskiewskich z XVII wieku tak jak wyglądały ona naprawdę.
Niniejszy pamiętnik, czyli po XX-wiecznemu - blog, stanowić ma swoiste forum wymiany myśli i poglądów. Zwykle Czytelnicy nawiązują kontakt z pisarzem jedynie w czasie czytania jego dzieła. Dołożę jednak wszelkich starań, aby w przypadku tej powieści było to możliwe także przed zakończeniem mej pracy. Zapraszam zatem do czytania komentowania i zadawania pytań.
|