Jadę do Irlandii

Informuję, ze w sobotę i niedzielę przebywać będę w Cork, w Irlandii, na zaproszenie tamtejszej Polonii. W sobotę od godz. 11 rozmawiać będę z Czytelnikami i rozdawać autografy w sklepie przy 10 Paul St., zaś o 18 przeniesiemy się do pubu Slate przy Tuckey St. na bardziej nieoficjalną część imprezy, w czasie której oddawać będziemy cześć św. Patrykowi.
Zapraszam

Samozwaniec tom II już jest!

Miło mi donieść, że 2 tom cyklu Samozwaniec opowiadający o podboju Moskwy przez Polaków na początku XVII wieku, trafia właśnie do księgarń. Pomimo iż oficjalna premiera ma miejsce jutro, już od kilku dni można zamawiać go przedpremierowo w księgarniach internetowych.
Tom drugi przedstawia kontynuację losów Dymitra Iwanowicza i jego polskich popleczników od chwili przekroczenia granicy Moskwy aż do bitwy pod Dobryniczami w styczniu 1605 roku.
Poza tym wszystkim śpieszę donieść, że prawie skończyłem kolejną książkę, jestem obecnie na etapie pisania ostatniego rozdziału, który zakończę i wyślę do redakcji w przyszłym tygodniu.
Teraz pakuję konia do przyczepy i jadę na inscenizację Oblężenia Tykocina, bo nie mam już siły siedzieć nad komputerem. Będę w Tykocinie od piątku do niedzieli i chociaż nie przewiduję spotkania autorskiego, to jeśli ktoś potrzebuje autografu, albo chce się napić piwa miodu, lub czegoś mocniejszego od źródlanej wody - informuję, że będę prawie przez cały czas w obozie lub w stajni, przy Potędze.

dodano: 2010-05-06 16:39:36
kategorie: O powiesci Samozwaniec Silva rerum
komentarze (20) >>
Na tropach Diabła Łańcuckiego

W najbliższą sobotę, o godzinie 12.30 w Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w warszawskich Łazienkach, które mieści się przy ulicy Szwoleżerów 9, odbędzie się spotkanie na którym będę mówił zarówno o Stanisławie Stadnickim z Łańcuta, jak i o zbliżającej się premierze II tomu Samozwańca.
Jeśli ktoś zatem potrzebuje autografu, albo chce ich kolekcję uzupełnić, zapraszam na spotkanie do Łazienek. Nadmieniam też, że w kolejnych tygodniach zamierzam odwiedzić kolejno Tykocin, Korytów koło Zalesia, Rzeszów i Targi Książki w Warszawie, o czym będę informował na bieżąco na stronie.
Kończę powoli prace nad nową książką, mam nadzieję, że po 3 maja wreszcie będę mógł posłać ją do druku. Wszystko zależy od pogody - jeśli w najbliższą sobotę i niedzielę będzie lało, nie będzie chciało mi się siadać na koń, więc będę miał więcej czasu na pisanie.

Nowe szaty Samozwańca

Już od jutra niniejsza strona dostępna będzie w nowej wersji. Przede wszystkim pojawią na niej informacje o kolejnym tomie Samozwańca, który ukaże się w księgarniach 7 maja. Serwis zostanie odnowiony i przebudowany, tuż przed premierą pojawi się także mapa pokazująca kolejny etap wyprawy Dymitra Iwanowicza po carską koronę.
Przepraszam, za brak wpisów, ale pilnie pracuję nad nową książką, której tytuł ogłoszę dopiero po premierze II części Samozwańca. Poza tym ostatnie wydarzenia i żałoba narodowa nie wprowadzają mnie w nastrój dobry do prowadzenia jakichkolwiek dyskusji.

II tom Samozwańca w maju

Właśnie wróciłem z Lublina i dowiedziałem się od wydawcy, że drugi tom Samozwańca ukaże się najprawdopodobniej w maju (data nie jest jeszcze ostatecznie potwierdzona). Wszystkie rozdziały wróciły już do mnie po pierwszej redakcji i w czasie najbliższego tygodnia czeka mnie poprawianie tekstu i dopisywanie przypisów.
Myślę, że miłośnicy akcji nie będą narzekać, drugi tom opowiada bowiem dzieje pierwszej Dymitriady od rozpoczęcia oblężenia Nowogrodu do bitwy pod Dobryniczami, przegranej przez wojska carewicza. Książka składa się z siedmu rozdziałów, biorąc pod uwagę, iż przedstawia sporo działań wojennych, w tym prawie zapomniane szarże husarii pod Nowogrodem i Dobryniczami (wcześniejsze niż Kircholm), można by ją nazwać "powieścią husarską".
Na okładce II tomu znajdzie się być może towarzysz pancerny (w każdym razie taki temat chcę zaproponować grafikowi), do książki dołączona będzie także mapka pokazująca trasę wyprawy Dymitra Samozwańca po carską koronę.

dodano: 2010-02-12 22:20:59
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (58) >>
Przypisy do II tomu Samozwańca

Melduję, że cały II tom jest już w redakcji i teraz zabieram się za pisanie przypisów. W związku z tym pytanie do szanownych Czytelników. Czy mam w nich coś zmieniać? Na razie zakładam standardową formułę - jak w tomie pierwszym. A więc wszystkie trudne wyrazy (zwłaszcza ruskie, albo starocerkiewnosłowiańskie) są przetłumaczone na tej samej stronie, na której się znajdują. Natomiast omówienia i dygresje znajdują się na końcu książki.
Coś mam zmieniać, czy zostawić jak było? Ktoś chciałby więcej przypisów, albo bardziej szczegółowe? A może powinny być bardzo krótkie?
Starałem się też jak najwięcej wytłumaczyć w tekście, stąd można przypisów w ogóle nie czytać, ale lepiej zawsze szerzej omówić pewne rzeczy, zwłaszcza, że przy okazji opisywania husarii pokazałem dużo realiów XVII-wiecznego pola walki.

dodano: 2010-01-07 15:12:12
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (23) >>
Tom II Samozwańca napisany!

Dosłownie przed kilkoma godzinami skończyłem drugi tom Samozwańca, który zaraz po świętach zostanie przekazany do redakcji i składu. Myślę, że ukaże się jeszcze w pierwszej połowie przyszłego roku – być może w czerwcu, albo w lipcu, na pewno nie później.
Tom drugi to oczywiście dalszy ciąg historii Jacka Dydyńskiego, stolnikowica sanockiego poszukującego w Moskwie swojej rodziny. Ze względu na fakt, iż przyszło mi opisywać zmagania wojenne, które nie zmieściły się w pierwszym tomie, można by nazwać kolejną część „powieścią husarską”, bowiem sporo miejsca poświęciłem dwóm sławnym szarżom ciężkiej jazdy polskiej pod Nowogrodem Siewierskim w grudniu 1604 roku i pod Dobryniczami w miesiąc później.
W porównaniu do tomu pierwsze udało mi się zwalczyć także rosyjską chorobą polegającą na kompletnym nieliczeniu się z objętością powieści w czasie pisania, tworzeniu długich i ciężkich opisów. Być może jest to wpływ pisarzy rosyjskich, bo siadałem do poprzedniego tomu Samozwańca bezpośrednio po leturze Tołstoja i Dostojewskiego. Nie wiem co się dzieje, ale rosyjska literatura XIX wieku jest tak monumentalna, iż mam wrażenie, że będąc pod jej wpływem każde słowo, które napiszę na papierze okazuje się być dwa razy dłuższe. Kto nie wierzy, niechaj zerknie na "Lód" Jacka Dukaja. A może po prostu do opisania tak dużego kraju jak Rosja potrzeba równie dużo miejsca i papieru.
W każdym bądź razie w tomie drugim będzie więcej akcji i wreszcie pojawi się po raz pierwszy fantastyka. Trudno jednak bez niej opisywać tak niepojęty kraj jak Moskwa na początku XVII stulecia.

dodano: 2009-12-25 21:12:48
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (33) >>
Dlaczego nienawidzę Sienkiewicza

Odpowiedź jest prosta - bo stał się symbolem pewnej generacji ludzi dorastających w komunistycznej Polsce, którzy - mówiąc intelektualnie - próbowali zawłaszczyć sobie jedyną i słuszną wersję polskiej historii.
Tłumacząc zaś obrazowo: Trylogia jest dla mnie znakiem rozpoznawczym zarówno ludzi związanych z komuną, jak i z nią walczących - których połączyła wspólna, internacjonalna można by rzec - niechęć do mojej wersji historii pierwszej Rzeczypospolitej.
Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90., kiedy chodziłem po różnych wydawnictwach usiłując wydać "Wilcze Gniazdo" i napotykałem na mur niechęci. Wszyscy bowiem wydawcy jak jeden mąż twierdzili, że moja powieść nie ma szans na zaistnienie, bo przecież istniał już wielki, niepodważalny, jaśniejący jak gwiazda na firnamencie Henryk S. Bo przecież zbrodnią i świętokradztwem byłoby opublikować coś, co podważa wizję takiego Autorytetu!
Piszę to wszystko już po lekturze najnowszej książki Rafała Ziemkiewicza - "W skrócie", w której przedstawia on dość szczególną wizję polskiej sceny politycznej, medialnej i kulturalnej. Oto usiłuje rządzić nią Salon - środowisko twórców, dziennikarzy i polityków skupionych wokół Gazety Wyborczej, którzy bez przerwy odwołują się do tak zwanych Autorytetów, mówiących, że zacytuję Ziemkiewicza wprost: "narodowi, co ma myśleć, czego słuchać, z czego rechotać, przed kim się ukorzyć" itd. Takim właśnie Autorytetem był jednak w czasach, kiedy miałem kłopoty z Wydawcami Henryk Sienkiewicz i do niego bez przerwy się odwoływali wydawcy w rozmowach ze mną.
Sytuacja, której byłem wówczas świadkiem pokazuje dobitnie, że rzekomy, wspominany przez Ziemkiewicza Salon istnieje nie tylko u boku Gazety Wyborczej, ale także na prawicy i w tej części środowisk postsolidarnościowych, które z "Wyborczą" nie mają nic wspólnego. Tak naprawdę mam wrażenie, że atakowany zajadle przez autora "W skrócie" Adam Michnik i jego środowisko, nie za bardzo różni się od grup związanych ze "Wprostem", "Dziennikiem" czy "Rzeczypospolitą", za czasów gdy współpracował z nią rzeczony Ziemikiewicz. Wszystko to są po prostu sitwy popierające tylko "swoich" i zajadle atakujące przeciwników. Tym zas co ich łączy - jest fakt, że jedni i drudzy są unurzani aż po szyję w rozliczeniach i układach z czasów komuny. I nic innego nie są w stanie zaoferować Polsce i społeczeństwu.
Dowód na prawdziwość moich słów? Jest dość zaskakujący. Otóż nie będąc wcale człowiekiem lewicowych poglądów, gardząc wszelakimi układami, sitwami i salonami (chętnie bym do któregoś wjechał konno, jak Wieniawa do Adrii), spotkałem się jednak kilkakrotnie z życzliwym przyjęciem owej znienawidzonej przez Ziemkiewicza "Gazety Wyborczej", która do czasu premiery "Michnikowszczyzny" zamieszczała nie tylko recenzje, ale nawet wywiady ze mną przy okazji pojawiania się "Galeonów Wojny czy "Diabła Łańcuckiego". Nie muszę dodawać , że żadne z prawicowych mediów, jak "Wprost" czy "Rzeczpospolita" nie poświęciło mi bodaj ćwierci szpalty, a moje książki wysyłane do nich do recenzji giną niby w otchłani - jak polskie zboże w XVII-wiecznym Chłańsku.
Dziś rzecz oczywista pokazać mogę wszystkim mediom, czarnym, białym, różowym czy fioletowym gest JM Kozakiewicza. Jak nie chcą, to mogą wcale o mnie nie pisać, nie sądzę aby w jakiekolwiek sposób podnieśli mi nakład. Albo sprawili, iż moje książki przestaną się sprzedawać, bo moją pozycję zawdzięczam tylko i wyłącznie Czytelnikom. Milczenie mediów może być mi nawet na rękę, bo chroni mnie od pokusy, by mówić poprawnie politycznie komunałki (w nadziei, że nie podpadnę nikomu) zamiast gorzkiej i brutalnej prawdy.
Bo i co mogą mi w takiej sytuacji zrobić? Zabrać dotację na książkę? Zabrać stypendia? Jakie stypendia? Jakie dotacje?! Ja przecież żyję z wydawania książek!
Wracając jednak do Sienkiewicza i moich perypetii z wydawaniem "Wilczego Gniazda" w latach 90., to rzecz ciekawa, ale niechęć do mojej twórczości i powoływanie się na Autorytet Sienkiewicza połączyło przeciwko mnie zarówno prawicowych, jak lewicowych wydawców. Podobnie przyjmowano mnie w post-solidarnościowej Supernowej, jak i w Iskrach i innych wydawnictwach, gdzie stołki i władzę dzierżyli jeszcze dawni towarzysze lub ludzie dyspozycyjni wobec partii.
Sienkiewicz w moim mniemaniu jest zatem znakiem starej, wymierającej powoli elity kulturalnej Polski, która żyje jedynie obrachunkami z komuną i nie jest w stanie nic ciekawego przekazać młodym pokoleniom Polaków. Owszem zrobi kolejny Katyń, albo inną literature/film/publikację historyczno-martyrologiczną, ale nie położy w ten sposób ani cegiełki pod odbudowę dawnej Rzeczypospolitej. Generacja owa (a raczej pewna jej część, bo wśród pokoleń, o których piszę jest bardzo wiele rozsądnych ludzi) cytuje Sienkiewcza na wyrywki, jak pacierz, albo czerwoną książeczkę tow. Stalina. Czyni to zarówno lewicujący Andrzej Sapkowski, jak i prawicujący Marcin Wolski. Post-solidarnościowy Mirosław Kowalski z Supernowej, jak i towarzysz Wiesław Uchański z Iskier. Ubecy, przypucowujący się jako polscy patrioci, jak i autentyczni działacze solidarnościowego podziemia.
Dlatego właśnie nie lubię Sienkiewicza, od którego oczywiście zaczynała się moja przygoda z XVII-wiekiem. To znak, symbol tego co niezmienne, jak niewzruszony miał być w Polsce komunizm. Poza powyższymi zadecydowały o tym także względy historyczne. Otóż kiedy zacząłem studiować historię, zabrałem się za czytanie źródeł. To znaczy listów, pamiętników, dawnych kronik i diariuszy z czasów powstania Chmielnickiego. I wtedy zobaczyłem, że historia przedstawiona tak jednostronnie w "Ogniem i Mieczem" ma jednak drugą stronę medalu.
I powiedziałem sobie: nigdy więcej sienkiewiczowszczyzny.
Czemu jestem wierny do dziś.

Jadę na Toporiadę

Od najbliższego czwartku (czyli 6 sierpnia) będę na Toporiadzie, superkonwencie, który odbywa się pod namiotami w miejscowości Fryszerka pod Tomaszowem Mazowieckim (po szczegóły odsyłam na stronę: www.topory.org).
Toporiada jest bez wątpienia konwentem wyjątkowym. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to pierwszy konwent, na który w zeszłym roku WJECHAŁEM KONNO, tak to nie przejęzyczenie. Wszystko dlatego, że Toporiada odbywa się na łonie natury i zwykle mam na niej punkt programu pt. Koń w RPG, prelekcja z udziałem żywego modelu. Tak więc biorę sobie wierzchowca z pobliskiej stajni i przyjeżdżam na nim na spotkanie.
Najważniejsze zaś, iż na Toporiadzie, bardzo chętnie spotykam się z Czytelnikami przy kuflu pienistego napoju, którego na owym konwencie nie brakuje (janczarzy Śląskiego Klubu Fantastyki mogą już dopisać mi kolejny krzyżyk na swojej czarnej liście za rozpijanie polskiego fandomu).
Na tegorocznej Toporiadzie będę miał oczywiście w piątek spotkanie autorskie i pokaz konny - przy czym w tym roku organizatoirzy obiecali mi konia kawaleryskiego, przywyczajonego do szabli i kopii, zabieram zatem cały rząd koński, kulbakę, czaprak i ogłowie nabijane kamieniami. Wszystko zależy tak naprawdę od konia - jeśli okaże się przyzwyczajony do walki, to może uda mi się w piątek pokazać jakąś małą scenke z walki konnej. Jeśli nie, to po prostu opowiem o dawnej jeździe konnej. Tak czy owak na konwent Toporiada zapraszam.

dodano: 2009-08-04 22:39:44
kategorie: O powiesci Samozwaniec Silva rerum
komentarze (6) >>
Galeony Wojny otrzymały nagrodę im. Teligi

Miło mi donieść, że moja marynistyczna powieść o bataliach polskiej floty w XVII wieku otrzymała nagrodę im. Leonida Teligi przyznawaną przez miesięcznik "Żagle". Niezmiernie cieszy mnie, że książka będąca dziełem urodzonego kawalerzysty i zaledwie skromnego teoretyka dawnej żeglugi została doceniona przez środowisko żeglarzy. Oznacza to, że chyba jednak udało mi się odtworzyć nie tylko realia XVII-wiecznych podróży morskich, ale i klimat dawnych okrętów.
A mi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko kontynuować tematy marynistyczne i zaraz po zakończeniu "Samozwańca" powrócić znowu do wantów i brasów, do głębokich wód i uskrzydlonych okrętów. Zapowiadam: będę kontynuował tematykę marynistyczną i być może "Galeony Wojny" doczekają się kolejnych tomów...
Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się 8 sierpnia w Gdyni, w restauracji w centrum handlowym GEMINI (przy Skwerze Kościuszki) o godzinie 20.00. Zapraszam.

Jak się zaczyna II tom Samozwańca

A więc dla wszystkich, którzy skończyli czytać I tom, wrzucam gorący jeszcze początek II tomu powieści:

Rozdział VIII Nowogród

Basmanow zamyka się w Nowogrodzie. Narada wojenna. Dymitr postanawia oblężenie. Zaproszenie w gościnę. Gość w dom Bóg w dom. A nie w porę gorszy od Tatarzyna. W potrzasku.

Die 20 novembris nowego stylu, 10 starego stylu
Anno Domini 1604
Roku 7113 od stworzenia świata
Nowogród na Siewierszczyźnie, południe


Carski wojewoda i ulubieniec - Piotr Fiodorowicz Basmanow zamknął się w Nowogrodzie Siewierskim z czterema tysiącami strzelców i dworian, spaliwszy przedmieścia i wypędziwszy precz posadzkich ludzi. Siedział za drewnianymi murami i wałami niczym borsuk w norze, wystawiwszy lufy dział, stąd też nietrudno było się domyślać, że bynajmniej nie powita carewicza chlebem i solą, a zamiast bić pokłony, wyśle ku jego wojskom ołowianych posłańców krwawej wojny.
Buczyński i Dworycki łudzili się jeszcze, że znów, jak w kiepskiej komedii powtórzą się zdarzenia z Morawska i Czernihowa. I ledwie wojska Samozwańca wyjdą z lasów pod miastem, a zaraz lud rzuci się na swych panów, ci zaś będą mogli mówić o sobie jako o wybrańcach Losu i Fortuny, jeśli czerń jedynie rzuci ich związanych do nóg Dymitra, a nie każe tańcować na stryczkach i palach.
Mylili się. Basmanow okazał się twardy i srogi jak bies. Wypędził precz pospólstwo, a kilku dymitriaszkowym krzykaczom, którzy wieszczyli powrót ukochanego, prawosławnego słoneczka carewicza rozświetlającego ponurą ruską ziemię, pozwolił zaznajomić się z kompanią wron i kawek na stryczkach szubienicy. I tym samym pokazał aż nadto wyraźnie, że póki trzyma władzę w grodzie żelazną pięścią i kułakiem, w Nowogrodzie panować będą carskie mroki.
Dymitr rzecz oczywista wysłał doń poselstwo z białą flagą - Mateusza Domaradzkiego i Stanisława Borszę, do których dołączył Dydyński z pocztem, dla ochrony przed czernią. Basmanow - szczupły, śniady, czarnobrody przyjął ich na wałach, odziany w aksamitną ferezję i szamerowany żupan. Złudzenia co do jego dobrej woli, spadły z Lachów równie szybko, co czapki z głów podgolonych mieczem. Piotr Fiodorowicz bowiem okazał się wierny i nieugięty jak kuta stal, kiedy stał przed posłami trzymając w ręku tlący się lont od armaty. Mowę miał krótką, a w dodatku podaną prostymi, żołnierskimi słowy zrozumiałymi dla każdego Lacha, Kozaka, czy Moskala.
- Bladin syny! – zakrzyknął na propozycję poddania grodu. – Po nasze diengi przyjechaliście tu z tym worem! Prawdziwy car jest w Moskwie, a Łżedymitr na pal zostanie wbity! Czekajcie Lachy, będziecie wy jeszcze zielem armatnim bierzmowani, a szablą po łbach weźmiecie na ostatek!
Nic zatem dziwnego, że po takich słowach deputaci wracali spod wałów biegnąc i potykając się w błocie, niepewni czy Bosman – jak zwano w taborze polskim Basmanowa – nie pośle za nimi czasem ognistego posłańca.
Nie posłał – kawalerska cześć mu za to.
Dymitr przyjął wieść spokojnie pokazując obecnym łaskawą, carską, a raczej polską naturę. Nie tylko bowiem oszczędził dworowi dłuższej tyrady o swych jedynowładnych prawach do Siewierszczyzny i Nowogrodu. Nie tylko nie wzywał na świadków wszystkich brodatych przodków począwszy od Ruryka; ale nawet nie rzucał gromów ma głowę upartego Basmanowa.
- Rozłożyć obóz nad Desną, ćwierć mili od zamku! – rozkazał po prostu. – Otoczyć Nowogród strażami, niechaj nawet mysz się nie prześliźnie, a ptak nie przeleci! Podciągnąć puszki pod wały, zatoczyć i oszańcować. A potem pogadamy z wojewodą trochę głośniejszymi słowy!
Być może Dymitr nie był wściekły, bo wspominał zasługi rodu Basmanowów, z którego Fiodor, ojciec teraźniejszego Piotra był zaufanym i powiernikiem jego ojca– cara Iwana Groźnego. Czy liczył na to, że wojewoda zmięknie, a potem będzie służył Dymitrowi wiernie jak jego batiuszka? Kto to wie, któż zrozumie duszę Moskala, choćby nawet wychowanego w Koronie Polskiej.
Na razie po chorągwiach i rotach krążyła wieść rozpowiadana z lubością przez pana Świrskiego – iż ojca teraźniejszego wojewody nowogrodzkiego łączyły z ojczulkiem carem Iwanem podejrzanie bliskie, można by rzec miłosne więzi, o których wspominał choćby Andriej Kurbski, moskiewski zbieg do Rzeczypospolitej w listach. Jego słowa powtarzał pan Herakliusz w tajemnicy, kładąc palec na ustach dla większej powagi, więc oczywiście wkrótce wszyscy Polacy w wojsku Dymitra wiedzieli już, że car obcował z Fiodorem po turecku. Świrski zaś ubarwiał rzecz tak licznymi i pikantnymi szczegółami, że zdawać by się mogło, iż sam był świadkiem miłosnych igraszek Iwana. Rozpowiadał wręcz kiedy, gdzie w jaki sposób i ma się rozumieć ile razy. A potem dodawał, że gdy wielki książę moskiewski znudził się kochankiem, w okrutny sposób rozprawił się z nim, jak i jego ojcem – Aleksym. Jak bowiem powiadały dawne ruskie kroniki Fiodor Basmanow nie został oddany katu tylko dlatego, iż zgodził się ściąć głowę własnemu batiuszce. Co tak rozbawiło cara, że pozwolił mu dokonać żywota na zesłaniu do Białooziera na dalekiej północy.
Niezależnie wszakże od tego, jak tam w łożnicy carskiej było; dupczył Iwan Fiodora Basmanowa albo i nie dupczył, dość, że jego syn (pomny być może na los ojca) bynajmniej nie nadstawiał swego zadku Lachom. Co też zjednało mu szacunek między Polakami. Oto wreszcie spotkali Moskala, który nie padał na kolana, ani nie zdradził cara. Takie czyny warte były poważania.
A Dymitr? Cóż Dymitr. Wypłacił następnego dnia zaciężnym polskim rotom kolejną ćwierć – po 15 złotych na koń z pieniędzy, które zabrał z zamku w Czernihowie. A potem zwołał radę wojskową.

dodano: 2009-07-07 22:35:45
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (12) >>
Samozwaniec tom 1 - już w sprzedaży

Już od dzisiaj, 1 lipca Anno Domini 2009 dostępny jest w Empikach pierwszy tom cyklu "Samozwaniec" opowiadającego o największej awanturniczej wyprawie Polaków w XVII wieku. Wyprawie po koronę carów dla Dymitra Iwanowicza, domniemanego syna wielkiego księcia Moskwy Iwana Groźnego. Powieść o czasach, kiedy Polacy zajęli Moskwę.
Zapraszam zatem do salonów Empik, do zakupu książki i do lektury. Miło mi będzie, kiedy szanowni Czytelnicy podzielą się ze mną wrażeniami na łamach mojego pamiętnika, czyli mówić współczesnym językiem - bloga.
Od 6 lipca "Samozwaniec" dostępny będzie także we wszystkich księgarniach na terenie naszego kraju.

dodano: 2009-06-30 23:06:59
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (29985) >>
Wreszcie dostałem Samozwańca!

Nareszcie jest! Przyszła do mnie paczka z Fabryki Słów zawierająca autorskie egzemplarze 1 tomu Samozwańca. Co znaczy, że egzemplarze książki są już w dystrybucji i najdalej od 1 lipca będą dostępne w sprzedaży w Empiku (po 6 lipca we wszystkich księgarniach).
Kilka uwag o książce - wydana w półtwardej oprawie, jak inne pozycje Fabryki, grubości mniej więcej "Diabła Łańcuckiego". Książka podzielona jest na 7 rozdziałów, całość uzupełniają przypisy i ilustracje Krzysztofa Brojka. Pierwszy raz w historii mojej twórczości na okładce jest husarz na białym tle. Cóż mogę dodać więcej - teraz już wszystko w rękach Czytelników, których sługą uniżonym pozostaje Autor. Zapraszam do czytania i komentowania.
Tom II już w pisaniu. Niebawem pojawi się na ten temat więcej informacji.

dodano: 2009-06-25 09:53:16
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (7) >>
Jadę do Nidzicy

Od jutra (czwartek, 11 czerwca) przebywać będę w Nidzicy na XVI Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki. Jutro o godzinie 12.30 w Galerii pod Belką na Zamku będę mówił m. in. o "Samozwańcu" i innych sprawach związanych z moimi książkami.
Zapraszam oczywiście także na piwo, które jest nieodłącznym elementem wszelakich spotkań o literaturze i historii. Czasu na rozmowy będzie sporo, bo w Nidzicy przebywać będę do niedzieli.

Oblężenie Zamościa... przeżyłem

...dzięki zacnemu konikowi rasy małopolskiej, który zowie się Potęga i nie boi się nie tylko strzałów, ale i samego diabła. Ogólnie inscenizacja była udana, choć lało jak z cebra i wszystkie nasze kolczugi wymagają czyszczenia z rdzy, a bitwa przebiegała inaczej niż w zeszłym roku. W sobotę, my - pancerni z Towarzystwa Jazdy Dawnej -ganialiśmy się z komunikiem zaporoskim po polu na zasadzie raz my gonimy, a za drugim razem uciekamy. Nie doszło do starcia z piechotą, jak rok temu, może dlatego, że - jak się potem dowiedziałem - sporo piechurów obawia się konnicy. Normalna rzecz - piechota pozbawiona pik ma małe szanse na pokonanie kawalerii, ale też trzeba pamiętać, że na inscenizacjach nigdy nie najeżdżamy w galopie na przeciwnika, bo byśmy naprawdę się pozabijali.
Wydaje mi się jednak, że po zeszłorocznej batalii organizatorzy zrobili się ostrożniejsi w wykorzystaniu walorów jazdy pancernej.
Całą sobotę spędziłem na koniu, co może się wydawać przyjemne komuś, kto nigdy nie siedział w siodle, albo poszedł sobie do bitwy na piechotę. Uczestnictwo w inscenizacji historycznej na koniu to prawdziwe wyzwanie, a i strach bierze człowieka całkiem niezły. Ja wróciłem dosłownie wykończony, co dowodzi ile wytrzymalsi byli ludzie w XVII wieku. Pasek i Poczobut-Odlanicki piszą w pamiętnikach, że nie schodzili z konia czasem i po 2-3 dni, gdy wojsko stało w szyku, a w nocy towarzysze po prostu spali przy wierzchowcach z wodzami w ręku (Pasek na przykład pisze, że kładł sobie pod głowę trupy Moskali). To, o czym nie napisał, a co by nas zszokowało w wojsku XVII stulecia, to niesamowity brud. Po jednym dniu inscenizacji i jazdy konnej w pancerzu towarzysza człowiek ma ręce czarne od konia i żelaza, wszystko przesiąknięte jest końskim potem i wonią prochu. Mam wrażenie, że jeśli padał deszcz, w dawnych obozach musiało być niesamowite błoto. W piątek w stajni w Zamościu na mokrej ziemi robiliśmy sobie manewry - wystarczyło, że 4 konie pobiegały sobie w kółko po mokrej trawie przez jakieś 2 godziny, a zaraz zaczęło się tam robić grząsko. Jak wyglądało to w obozie, gdy każdy towarzysz miał przynajmniej 5-6 koni, a w całej armii było ich np. 10 tysięcy? Moim zdaniem wystarczył drobny deszcz, a drogi między stancjami zamieniały się w bajora, w których końskie łajno mieszało się z błotem.
Tyle refleksji po Zamościu. Jak zwykle na biesiadę wróciłiśmy późno (bo trzeba było konie odstawić). Tymczasem piechota i spieszone pospolite ruszenie zdążyła już wypić większość miodu i zjeść co lepsze przysmaki. Taki już los kawalerzysty w dzisiejszych czasach...
Miło jednak popatrzeć sobie z góry na panów braci, bo powiadam, że nie będzie nigdy polskim panem ten, kto nigdy w życiu nie dosiadał konia. A jak podjadę na koniu do różnych krzykaczy, nagle znikają gdzieś mistrzowie szabli i rapiera, jakoś tak pusto się robi wokół człowieka...
A czasem widuję prześmieszne obrazki na bitwach. Na przykład husarzy ze skrzydłami, w zbrojach i jakby tego było jeszcze mało - w ostrogach - stojących pieszo w błocie. Kiedyś widziałem nawet pewnego jegomościa, co niósł w ręku olstra z pistoletami, które normalnie powinny spoczywać na szyi konia.
Wróciłem ja sobie do Warszawy, a tu na poczcie leży już pismo od Ichmościów panów napoleończyków, bo zaraz, za chwilę jedziemy pod Waterloo, tym razem w barwach szwoleżerów. Nie ruszyłbym nawet paznokciem, by bronić sprzedajnej, francuskiej murwy, ale dla Cesarza uczynię wyjątek.
Tymczasem zaś zapraszam na stronę portalu Paradoks, gdzie ukazał się mój niepoprawny politycznie wywiad:

http://www.paradoks.net.pl/read/10778

Przedpremierowa recenzja Samozwańca

Pośpieszyła się jak zwykle Valkiria, bo pod adresem: http://valkiria.net/index.php?area=42&p=news&newsid=31701
można już przeczytać przedpremierową recenzję pierwszego tomu mojej powieści moskiewskiej. Ocenę dostała najwyższą (100 na 100 punktów), proszę jednak pamiętac, że redaktorzy Valkirii należą do najwierniejszych miłośników moich opowiadań i powieści, więc oceniają je wysoko. Fabryka słów rozesłała już do zaprzyjaźnionych portali i pism egzemplarze recenzenckie, więc kto tylko para się piórem w sieci czy na papierze, zapraszam do czytania i... recenzowania.

dodano: 2009-05-26 23:17:32
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (9) >>
Jak husaria pokonała mróz

Przez całe wieki mróz i ogromna przestrzeń skutego lodem stepu stanowiły największą broń Rosji. Pokonana została na nich armia Karola XII, wojska Napoleona, a w końcu hitlerowska III Rzesza, gdy blitzkrieg utknął pod Moskwą i na stepach Stalingradu.
Na tym tle zadziwiająco wyglądają wyczyny armii polsko-litewsko-kozackiej w XVII wieku. Żołnierze Rzeczypospolitej nie tylko przez całe lata przebywali na terytorium moskiewskim, ale potrafili także pokonywać niesamowite odległości, oblegać przez całe lata zamki i miasta, staczać bitwy i... wychodzić bez szwanku ze starcia z Generałem Mrozem. Wyprawa Aleksandra Lisowskiego w 1615 roku osiągnęła nie tylko brzegi Morza Białego, ale dotarła być może nawet do Uralu; do miejsca w którym poza Tatarami nie postała nigdy stopa żadnego wroga Rosji. A potem bez większych strat powróciła do Korony Polskiej, co nie udało się w 1941 roku pancernym kolumnom Guderiana.
W świetle powyższych osiągnięć rodzi się zatem pytanie, jak było to możliwe? Co takiego robiła armia Rzeczypospolitej, że była w stanie prowadzić działania wojenne w czasie zimy, które tak strasznie przetrzebiły armie Napoleona i III Rzeszy? Dlaczego mróz nie był straszny Polakom, Litwinom i Kozakom, a urządził tak krwawe żniwo w dwieście i trzysta lat później?
Analizując XVII-wieczne źródła historyczne można znaleźć co najmniej kilka odpowiedzi na to pytanie.
Czytając pamiętniki chociażby Samuela Maskiewicza, Ścibora Marchockiego czy Stanisława Niemojewskiego, znajduje się liczne utyskiwania na zimno i mróz, jednak nie jest to jedyna bolączka, na którą uskarżają się nasi husarze i kozacy. Dla Maskiewicza na przykład największym wrogiem był brak snu, a nie mróz. Marchocki i Niemojewski notują z rzadka przypadki zamarznięcia, ale dużo więcej miejsca poświęcają opisowi bitew i potyczek, a także nieprzyjaznemu krajowi. Niemojewski zresztą nie lubi Moskali, nie pisząc o nich inaczej, jak o "z kurwy synach". Jednak pozostawia nam wiele ciekawych informacji na temat prowadzenia kampanii w warunkach zimowych.
A zatem po kolei. Najpierw uznać należy fakt, że ludzie i konie w XVII wieku byli znacznie bardziej zahartowani, niż my obecnie. Wpływał na to nie tylko fakt, iż zimy były wówczas bardziej mroźne, ale i to, że nasi przodkowie dużo więcej czasu spędzali na dworze, a w słabo ogrzewanych budynkach było zimniej niż obecnie.
Po drugie żołnierze polscy byli doskonale przygotowani do spędzania zimy w czasie kampanii. Marchocki opisuje nam wyraźnie i szczegółowo, że kiedy nadchodziła jesień, wojsko zwykle zakładało obóz zimowy, w którym rozlokowywały się wszystkie chorągwie i piechota. Żołnierze nie nocowali w namiotach - przeciwnie - wysyłano czeladź do okolicznych wiosek, gdzie po prostu rozbierano całe chałupy, przewożono je do obozu, a następnie składano, tworząc małe miasteczko. Dla koni wznoszono stajnie z chrustu; jedynie zapasy i broń przechowywano w namiotach, które generalnie służyły przede wszystkim za mieszkanie w okresie wiosenno-letnim.
Jak widać obraz ten daleki jest od wizerunku Niemców marznących w okopach Stalingradu czy Wielkiej Armii Napoleona padającej z wyczerpania w zaspach śniegu. Zołnierze polscy zimowali w warunkach nieco mniej komfortowych niż we własnym domu, ale jednak pod dachem - czym należy tłumaczyć znacznie mniejszą śmiertelność niż w przypadku działań prowadzonych dwieście czy trzysta lat później.
Oczywiściwe jeśli zachodziła potrzeba zmiany miejsca, obóz taki porzucano, jednak po dotarciu na kolejne miejsce postoju budowano taki sam, wykorzystując chałupy zabrane chłopom, albo po prostu drzewo przywiezione z lasu. W XVII wieku niemal każdy, nawet ktoś nie będący cieślą potrafił w czasie kilku dni, albo tygodnia wznieść przyzwoitą chałupkę (fakt, bez bieżącej wody i komina), jednak dającą dobre schronienie przed mrozem. W tamtych bowiem czasach nie było kliki bankowych mafiozów, żądających, by za małą klitkę spłacać horrendalne kredyty i do końca życia utrzymywać po dziesięciu prezesów i jeszcze większą liczbę palantów w garniturach. Jak ktoś nie miał gdzie mieszkać, to brał siekierę, szedł do lasu i budował sobie dom. Ot, i po sprawie.
Należy dodać wszakże, że w XVII wieku Rosjanie nie wpadli jeszcze na pomysł, by palić wszystko do gołej ziemi na trasie przemarszu wrogich wojsk, co skutecznie zastosowali np. w czasie wojny z Napoleonem. W dodatku działania wojenne prowadzone na początku stulecia miały charakter wojny domowej - część Moskali wspierała wojska polskie, które biły się w imię Dymitrów, a potem cara Władysława i użyczała im kwater. Z drugiej strony jednak należy pamietać, że zimy wówczas były jeszcze bardziej mroźne niż w XX wieku, a drogi i środki komunikacji jeszcze gorsze. W czasie Wielkiej Smuty dochodziło np. często do starć konnicy polskiej z... moskiewskimi narciarzami (szyszami na łyżach), co szczegółowo opiszę w kolejnych tomach "Samozwańca".
Trzeba także pamiętać, iż Rzeczpospolita wysunięta w XVII wieku na wschód była doskonałą bazą do prowadzenia działań wojennych przeciwko Moskwie. Polscy żołnierze nie zaczynali wszak kampanii znad Bugu (jak Niemcy w 1941 roku), ale spod Kijowa, co znacznie skracało odległości.
Pozostaje wciąż pytanie kiedy Moskale zaczęli prowadzić z przeciwnikiem świadomą wojnę na wyniszczenie, wciągając go coraz głębiej we własne terytorium? Początki tego można wyznaczyć na rok 1664, kiedy armia Rzeczypoospolitej musiała się wycofać spod Briańska, z powodu silnych mrozów i faktu, iż Moskale palili wszystkie wsie i miasteczka na drodze swego odwrotu, pozostawiając niebo i ziemię. Na pewno Piotr I wygrał dzięki temu bitwę pod Połtawą wciągając w głąb własnego terytorium armię szwedzką. Do perfekcji zaś taktykę wycofywania się i wyniszczania przeciwnika dopracowali Rosjanie w roku 1812, w czasie wojny z Napoleonem.
Nie należy także zapominać, że w XVII wieku wojsko polskie miało ogromną przewagę nad Moskalami. Jedna chorągiew husarii znaczyła tyle, co pułk jazdy dworiańskiej, w dodatku Polacy posiadali nie tylko lepsze, ale i szybsze, bardziej wytrzymałe konie. Wydaje się, że przewaga ta była o wiele większa, niż armii III Rzeszy nad wojskiem ZSRR w 1941 roku. Z drugiej jednak strony przewaga liczebna Moskali była ogromna. Często wynosiła ona 1 do 10. A jednak nasi wygrywali dzięki taktyce, lepszemu uzbrojeniu, a przede wszystkim - wysokiemu morale i braku kompleksów przed Moskwą. Kompleksy te były bowiem często o wiele skuteczniejszą bronią Kremla niż kule i bagnety.

dodano: 2009-05-14 23:21:11
kategorie: O powiesci Samozwaniec Silva rerum
komentarze (18) >>
Jak pokonać Rosję?

To była jedna z najważniejszych kwestii, która zajmowała mnie w czasie pisania Samozwańca. Jak to w ogóle możliwe, że kilka tysięcy polskiego i kozackiego wojska, wspierającego Dymitrów było nie tylko w stanie pokusić się o zdobycie lub oblężenie Moskwy, ale przetrwać rosyjską zimę, która zdziesiątkowała wojska III Rzeszy i Napoleona Bonaparte? Co było takiego w armii dawnej Rzeczypospolitej i czego zabrakło wojskom cesarza i wehrmachtowi w 1941 roku? Przeglądając zaś dawne kampanie Zółkiewskiego i Chodkiewicza z początku XVII stulecia rodzi się fundamentalne pytanie: czy Rosję w ogóle można pokonać? A jeśli tak, to w jaki sposób?
Przeglądając dzieje wojen i bojów w Europie wschodniej, można bardzo łatwo wyliczyć zwycięskie wojny, w których państwo carów zostało zwyciężaone. A więc, zaczynając od XVI wieku kolejno: wojna o Ignflanty Stefana Batorego w latach 1579-1582. Pierwsza wyprawa o koronę Dymitra. Wyprawa Stanisława Żółkiewskiego na Moskwę w 1610 roku nie do końca może być brana pod uwagę bo ostatecznie skończyła się utratą stolicy.
Kolejne zwycięskie wojny to: krymska w latach 1853-1856, I wojna światowa w latach 1914-1917 oraz oczywiście wojna polsko-bolszewicka 1919-1920.
Czas wymienić przegrane kampanie. A zatem biorąc pod uwagę tylko najsławniejsze : wyprawa Karola XII na Rosję zakończona bitwą pod Połtawą, pochód Wielkiej Armii Napoleona w 1812 roku i oczywiście, w XX wieku, plan Barbarossa czyli hitlerowski atak na ZSRR, który rozpoczął się 22 czerwca 1941 roku.
Porównując powyższe wojny łatwo zauważyć, że większość zwycięskich kampanii nie była wcale operacjami, w których wrogom Moskwy zależało na zdobyciu ogromnych przestrzeni Rosji. Zarówno wojny Batorego, jak i krymska rozgrywały się na pewnym ściśle określonym teatrze operacyjnym i były obliczone nie na zajęcie określonego terenu, ale odcięcie Rosji od cennego obszaru i tym samym takie jej osłabienie gospodarcze i polityczne, które zmuszało carów do zawarcia niekorzystnego pokoju. Stefan Batory odciął Iwana Groźnego od Inflant. Z kolei armia koalicji angielsko-francusko-tureckiej zdobyła Krym i przeprowadziła blokadę gospodarczą Rosji, zmuszając cara Aleksandra do rezygnacji z planów podboju Turcji.
Z kolei największe porażki odnosiły te armie, które stawiały na całkowity podbój Rosji. Nie udało się to zarówno wojskom Karola XII, jak i Wielkiej Armii Bonapartego, który sądził, iż zdobywając Moskwę rzuci Rosję na kolana. Podobny błąd popełnił Hitler sądząc, że zajęcie znacznej części ZSRR sprawi, iż władza Stalina rozpadnie się niczym domek z kart. Tak się jednak nie stało - przeciwnie - na ogromnych przestrzeniach Rosji wojska niemieckie straciły swój impet, zostały zatrzymane i w końcu pobite. Wątpliwe jest nawet czy po osiągnięciu pierwotnego celu ofensywy - Moskwy, ZSRR uległby hitlerowskiej III Rzeszy. Wszak dawną stolicę zdobył Napoleon i bynajmniej nie oznaczało to zakończenia kampanii. Od wieków najlepszą bronią Rosji była przestrzeń, mróz i wielkie odległości. Dlatego jedyną szansą na zwycięstwo z przeciwnikiem, który zawsze może cofnąć się i uchylić od bitwy jest zajęcie strategicznie ważnych obszarów, stanowiących ważne źródło jego dochodów. Tak właśnie uczynił Batory odcinając Rosję od Bałtyku, podobnie stało się w czasie wojny krymskiej, gdy Anglia i Francja wprowadziły blokadę rosyjskich towarów jednocześnie zajmując Krym i zwyciężając armię rosyjską w kilku bitwach. W dzisiejszych czasach być może można by wygrać wojnę przeciwko Rosji zajmując obszary z których pozyskuje ropę i gaz ziemny - główne i w zasadzie jedyne źródła dochodów Rosji. A potem cierpliwie czekając i prowadząc wojnę na wyczerpnie. Oczywiuście pamiętać należy, że każdy rząd moskiewskj, zarówno carski, bolszewicki jak i putinowski nie przejmuje się zbytnio losem swego narodu i łatwiej mu rozstać się z tysiącami Rosjan, niż ze starym pantoflem. Jednak uderzenie w podstawy gospodarcze Rosji i zrujnowanie jej finansów powoduje osłabienie władzy Kremla - w kraju mogą pojawić się nie tylko bunty niezadowolonych, lecz nawet pretendenci do władzy. Jest szansa, że w takiej sytuacji rząd moskiewski zostanie zmuszony do przyjęcia twardych warunków pokoju - będącego ceną za utrzymanie się przy władzy.
W historii Rosji zdarzyło się kilka wojen, w których zwycięstwo odniesiono zajmując terytorium pod kontrolą Moskwy. Były to właśnie wyprawy Dymitrów, a także I wojna światowa, kiedy to wojska niemieckie weszły głęboko na terytorium wroga i nie zostały zmuszone do odwrotu. We wszystkich tych jednak przypadkach zadziałał trzeci, wewnętrznycn czynnik w Rosji, gdzie znalazły się siły sprzyjające atakującym. Dymitriady były de facto wojnami domowymi, bo część Moskali poparła carewicza, z kolei w czasie I wojny Niemcy zapewnili sobie zwycięstwo wspierając bolszewików i Lenina. Nie zawsze czynnik ten można brać pod uwagę przy działaniach wojennych, dlatego metoda z wojny krymskiej i batoriańskich zmagań wydaje się najpewniejszym sposobem na pokonanie Moskala.
Tyle na dzisiaj. W kolejnej części opowiem szczegółowo jak radziła sobie z mrozem i przestrzeniami Rosji polska armia w XVII wieku.

dodano: 2009-05-07 23:09:53
kategorie: O powiesci Samozwaniec Silva rerum
komentarze (18) >>
Data premiery i okładka

Wreszcie jest! Fabryka Słów ujawniła ostateczną wersję okładki pierwszego tomu mojej powieści, którą zobaczyć można na stronie wydawnictwa (www.fabryka.pl), a także na niniejszej witrynie, na podstronie "O książce". Niestety mam również nie najlepsze nowiny odnośnie premiery książki. Z powodów niezależnych od Autora i Wydawcy, tom 1 "Samozwańca" ukaże się na początku lipca tego roku. Informacja ta jest pewna i została potwierdzona w wydawnictwie.

dodano: 2009-05-07 09:36:13
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (22) >>
Porządki w komentarzach

Aby uporządkować komentarze i odpowiedzi, dostępne są dodatkowe znaki i funkcje. Od teraz, aby zaznaczyć w komentarzu część tekstu, która ma zostać wyświetlona kursywą, należy dodać przed tekstem znak: (klamra kwadratowa lewa)i(klamra kwadratowa prawa), a na końcu wybranego fragmentu: (klamra kwadratowa lewa)/i(klamra kwadratowa prawa).
Po wstawieniu znaku: (klamra kwadratowa lewa)hr(klamra kwadratowa prawa) tworzy się przerywana linia oddzielająca np. jedno pytanie od następnego.
Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany przyczynią się do łatwiejszego komentowania mojego bloga przez Czytelników.

Ja i Moskale 2 - Strach przed Rosją

Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko co piszę w jest kontrowersyjne, ale cóż - historia stosunków polsko-moskiewskich to jedna wielka kontrowersja - nie do przyjęcia dla każdej ze stron.
A zatem tym razem z grubej rury - przeglądając historię wojen i relacji z naszym wschodnim sąsiadem, zauważyłem, że wśród niektórych Polaków pojawiały się strachu i obaw przed Rosją. Wielu naszych rodaków po prostu bało się Moskwy; jej niezmierzonej przestrzeni, potęgi, ogromnej armii. Bało tak daleko, że ich strach bardzo często przemieniał się u nich w podświadome uwielbienie dla Rosji, czyli w zwyczajną rusofilię, która wyrządzić mogła wiele szkód Polsce, zwłaszcza kiedy występowała u ludzi kształtujących politykę naszego kraju.
Postawy strachu - często irracjonalnego - zaczęły pojawiać się w Polsce gdzieś pod koniec XVIII wieku. Bodajże nie wiem czy nie po klęsce konfederacji barskiej stłumionej siłą przez Moskali. W XIX wieku były na porządku dziennym, przycichły trochę w okolicach roku 1920, potem pojawiły się znowu w czasie II wojny światowej i od tego czasu, aż po dziś dzień wielu z Polaków uważa, że Polska powinna bać się Rosji. Ustepować, kapitulować, aby nie drażnić cara/Stalina/Breżniewa/Putina (niepotrzebne skreślić).
Najoczywistrzym przykładem takiej postawy jest człowiek, którego wszyscy doskonale znamy - Wojciech Jaruzelski, twórca stanu wojennego, kat robotników i Polaków, za którego rządów, 40 lat po II wojnie, parę butów i kilo cukru kupowało się w sklepie na kartki. Człowiek, który tak bardzo bał się czerwonej Moskwy, tak wielce przeceniał jej siłę, że wolał przeprowadzić zamach stanu i skazać Polskę na wegetację, byle tylko odsunąć od niej domniemane i nie istniejące zagrożenie.
Jaruzelski to postać, która padła ofiarą mistrzowskiej, wręcz szatańskiej manipulacji rosyjskiej, jednej w swoim rodzaju, której poddane zostały miliony Polaków.
Przebywając bowiem na zesłaniu w ZSRR w latach II wojny światowej Jaruzelski, człowiek bądź co bądź pochodzenia ziemiańskiego i inteligenckiego, Polak i zapewnie wówczas jeszcze patriota, tak przeraził się tego, co zobaczył w Rosji - łagrów, śmierci ojca, cierpień milionów zesłańców, że do końca życia zmienił się posłusznego wykonawcę woli Kremla. Spoglądając na jego politykę wobec Moskiewskich komunistów w 1981 roku nie sposób oprzeć się wrażeniu, że został zmanipulowany wprost genialnie. Oto bowiem w chwili, gdy w Polsce zaczął się ruch solidarnościowy, zagrażający rozpadem bloku sowieckiego, a Rosja uwikłana była w krwawą interwencję w Afganistanie i nie miała sił do kolejnej - w Polsce - Kreml zagrał Jaruzelskim niczym marionetką. Wykorzystując jego lęk przed Moskwą roztoczył przed nim wizję krwawej i brutalnej interwencji, tak iż generał, postanowił sam dokonać zamachu stanu, aby - jak sądził - ocalić Polskę przed wyniszczającą wojną z ZSRR. Wojną, której prawdopodobieństwo było tak naprawdę niewielkie.
Intryga i zagrywka Rosjan okazały się wprost genialne. W jednej chwili, bez jednego wystrzału powstrzymali na 8 lat rozpad Układu Warszawskiego.
Ludzi takich jak Jaruzelski było więcej. Czytając pamiętniki Polaków z II wojny, zastanawiałem się czy niektóre deportacje i zsyłki do łagrów miały na celu nie eksterminację, ale sianie postrachu i grozy przed sowieckim terrorem. Nie wszystkich przecież, zwłaszcza szeregowych członków AK i WiN-u skazywano od razu na śmierć czy 20 lat łagru. Niektórym - a było ich bardzo wielu - sowieckie sądy dawały małe wyroki - ot, 1-2 lata, albo 5, ale zwalniano wcześniej; nie zawsze na Magadanie, czasem była to po prostu ciężka, ale dająca się przetrzymać praca. Potem zwalniano ich - moim zdaniem właśnie po to, aby swoimi opowieściami siali przerażenie, kiedy wspominali o milionach więźniów, nieludzkim terrorze i okrutnych warunkach panujących w łagrze. Być może człowiek, który pobył w GUŁAG-u rok i został uwolniony w sposób, który wyglądał na cud, był o wiele cenniejszym materiałem, niż zek, co przeżył tam 20 lat i już mu było wszystko jedno. Taki bowiem niedoszły łagiernik, po wyjściu na wolność roztaczał przed znajomymi opowieści o ogromnej potędze ZSRR i tym samym zniechęcał do wszelakiego oporu przeciwko komunizmowi.
W taki właśnie sposób ukształtowany został Jauzelski. A opowieści o systemie łagrowym i powojennym ZSRR zmieniło osobowość wielu Polaków, zmieniając ich w strachliwych rusofili, z góry porzucających myśl o jakimkolwiek oporze przeciwko Moskiewskiemu Imperium.
Ludzie opętani strachem przed Rosją byli czarnymi plamami naszej historii. Często ich decyzje okazywały się fatalne dla Polski. Tak jak fatalnymi były plany prowadzenia powstania listopadowego realizowane przez byłych oficerów napoeońskich, którzy nie wierzyli w zwycięstwo, bo byli świadkami odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy w 1811 roku.
Poznałem wielu takich ludzi - głównie z kart historii. Ze współczesnych mi osób, to oczywiście wspominany Wojciech Jaruzelski. Jerzy Giedrojć. Czesław Miłosz. Mariusz Wilk. Moja matka i kilku jej znajomych. A także Andrzej Sapkowski - wielki rusofil, darzący ZSRR i Rosję niezwykłą sympatią (mam wrażenie, że poświęcił temu swoją najnowszą książkę o wojnie w Afganistanie). Dlacszego ją wielbi? Być może grają tu jakąś rolę względy towarzyskie z czasów komuny, kiedy pracował w centrali handlu zagranicznego będącej wywiadownią gospodarczą PRL-u. Fakt jednak, że ani on, ani żadna z osób, u których strach przez Moskwą przerodził się w rusofilię, nie potrafiła przekonywująco odpowiedzieć na moje pytanie: skąd bierze się u nich miłość do Rosji?
Zwykłe odpowiedzi to: "Bo Rosja to wielki kraj". "Bo Rosji nie możemy lekceważyć". "Bo Rosji nie podskoczymy". "Bo nie doceniamy Rosjan". U Sapkowskiego zaś "Bo Rosja ma wielką kulturę", a w ogóle to: "Jak będziesz miał tyle lat gówniarzu, co ja, to sam to zrozumiesz".
Dopóki nie pokonamy w sobie strachu przed Rosją, nie zrozumiemy zasad jej działania - tak myślę ja. I dodaję zaraz, że obok pokoleń znanych ze strachu przed Moskwą bywały u nas takie, które go nie znały. Nazywam je roboczo "pokoleniami 1920 roku", bo myślę, że zwycięstwo pod Warszawą możliwe było dzięki takim właśnie ludziom.
Dlaczego nie bali się Rosji?
Ano dlatego, że widzieli ją żebrzącą na kolanach. Tak właśnie było w roku 1920. Tam, pod Warszawą starli się młodzi ludzie, roczniki, powiedzmy 1900-1905, którzy nie zaznali zsyłki, nahajek kozaków i carskiej policji. Ale oglądali Rosję we krwi, chłopów zabijających panów. Robotników zabijających cara. Bratobójczą walkę białych z czerwonymi. Więzienia Czeka i masowe egzekucje. Tacy ludzie nie mieli prawa bać się Rosji. Tacy ludzie widzieli w Moskalach tylko dziki tłum, groźny o tyle, o ile niebezpieczne jest stado wystraszonych bawołów.
I zwyciężali.
Józef Piłsudski. Podchorążowie z 1830 roku. Pan Pasek pod Lachowicami, Pan Niemojewski, o którym jeszcze będę pisał. Husarze spod Kłuszyna stający w 6000 przeciwko 30 000. Stefan Batory. Bohaterowie Warszawy w 1920 roku. I wielu innych.
Opisuję ich w mojej najnowszej książce.
Myślę, że ja też nie boję się Rosji. Widziałem ją w dniach upadku - kiedy czołgi szturmowały parlament. Gdy Rosjanie przegrywali wojnę w Czeczenii, a rozpad ZSRR zaludniał ulice Moskwy tysiącami bezdomnych uciekinierów, z których twarzy wyzierało jedno rozpaczliwe słowo: Przegrana.
Widziałem ich na ulicach Moskwy.
Lecz o tym wszystkim - a nade wszystkim o strachu porzed Moskwą i jego rujnującym wpływie na Polaków opowiadam szeroko w "Samozwańcu". I już dziś zapraszam do lektury.
A jak zbiorę siły i w moim sklepie będzie pszeniczny Obołoń, napiszę o tym jak można Rosję pokonać. Jak wygrać z nią wojnę - czego w tym względzie uczy nas historia wojny krymskiej, smoleńskiej, wojen Stefana Batorego i I wojny światowej.
PS. Wspomnianych przeze mnie postaw strachu i rusofilii w młodym polskim fandomie fantastycznym raczej brak. Nie spotkałem na kowentach ani jednego człowieka, który wielbiłby Rosję. A może aż tak dobrze się przede mną ukrywali?

dodano: 2009-04-22 23:36:24
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (38) >>
Wieści o Samozwańcu

Wreszcie przyszedł do mnie pierwszy projekt okładki "Samozwańca". Niestety nie mogę go jeszcze ujawnić, bo będzie jeszcze poprawiany. Mogę tylko powiedzieć, że będzie w zupełnie innej kolorystyce, niż te, które już znacie. Myślę jednak, że będzie dobrze komponował się z nimi na półce.
Cały I tom Samozwańca jest już po dwóch redakcjach, trafił już, o ile się nie mylę do korekty. Gotowe są też wszystkie ilustracje do środka, które przygotował Krzysztof Brojek - można je obejrzeć w dziale "O Książce" - są w bardziej komiksowym stylu, niż obrazki, stworzone przez Artura Gołębiowskiego i Huberta Czajkowskiego, ale mam nadzieję, że będą podobać się Czytelnikom.
Za kilka dni siadam do pisania tomu 2, którego spora część jest już gotowa. Miałem ostatnio, nie przeczę - sporą przerwę w pisaniu, ale musiałem odpocząć od XVII wieku. Przez ten czas jednak napisałem pierwszą w mej literackiej karierze mikropowieść, której akcja osadzona jest w czasach powstania styczniowego, wczesną wiosną 1863 roku. W dodatku jest to pełnowymiarowa fantastyka historyczna, a nie powieść historyczna, jak "Samozwaniec". Za kilka dni napiszę więcej na ten temat. Jak również przygotuję drugą część moich rozważań na temat Rosji i jej wizerunku wśród Polaków.

dodano: 2009-04-16 12:01:42
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (5) >>
Ja i Moskale, odsłona 1

Wreszcie, z ciężkim sercem muszę napisać o tym, co jest tak naprawdę esencją "Samozwańca", a więc o stosunkach polsko-moskiewskich widzianych oczyma autora. Czy książka jest antyrosyjska? Czy też odwrotnie, wpisuje się w najnowsze trendy literatury polskiej i europejskiej, która każe przepraszać za wszystkie byłe i przeszłe błędy narodów, aby utrzymać całość narracji w duchu poprawnosci politycznej.
Nie sposób niestety pisać o stosunkach polsko-rosyjskich nie popadając w skrajności. Sposób widzenia historii przez Rosjan i Polaków jest tak skomplikowany i pełen namiętności, iż cokolwiek napisałoby się na temat naszej wspólnej historii i jakikolwiek punkt widzenia przedstawiło; nigdy nie dogodzi się ani jednym, ani drugim.
Zacznijmy od mojego osobistego stosunku do Rosji, który musiałem zweryfikować siadając do pisania "Samozwańca". Rosję znam może nie bardzo dobrze, ale przynajmniej zadowalająco - bywałem w Moskwie i w kilku miastach, podczas podróży jako korespondent prasowy w czasach, gdy pracowałem w gazecie. Jeździłem także na wschód i później, kiedy jako historyk szukałem w rosyjskich archiwach materiałów do mojej pracy doktorskiej. Język rosyjski znam dość dobrze, dość powiedzieć, że po mniej więcej 2 tygodniach pobytu w Rosji zaczynam nie tylko płynnie mówić, ale też nawet myśleć po rosyjsku. Co oczywiście nie oznacza rusyfikacji - nadal czuję się Polakiem. Myślałem zresztą także po rosyjsku w czasie pisania "Samozwańca", po przeczytaniu licznych monografii historycznych rosyjskich historyków.
Na początku pracy nad powieścią musiałem zatem sam zadać sobie pytanie: czy jestem rusofobem? Czy lubię czy też nie lubię Rosji i Rosjan?
Odpowiadając na to pytanie całkowicie szczerze i bez żadnych uprzedzeń, musiałem stwierdzić jasno: nie przepadam za Rosją. Nie lubię jej. Nie chciałbym oczywiście, aby moja wypowiedź została zinterpretowana jako głos nacjonalisty, bo nacjonalistą nie jestem (trudno, żebym był z moim kaszubskim nazwiskiem i litewskiemi korzeniami). A zatem nie jest tak, że nie lubię Rosji z jakichś pobudek szowinistycznych - bo np. uważam, że Rosjanie to podludzie, albo z tego powodu, iż uważam ich za niższych kulturowo, a z kolei Polaków za niedościgniony wzór. Nie lubię Rosjan, co stwierdzam uczciwie, podobnie jak większość Polaków, zwłaszcza wykształconych, z pobudek historycznych. Z powodu lekcji historii, na których, nie to, że nastawiano mnie antyrosyjsko, ale po prostu zapoznawano z pewnymi faktami historycznymi, wpływającymi na moje odczucia w stosunku do Rosji.
Tak jak każdy Polak poznawałem zatem nie tylko nasze tryumfy nad wschodnim sąsiadem, ale przede wszystkim rozbiory, krwawo stłumione powstania narodowe w XIX wieku, bitwę pod Warszawą, 17 września 1939 roku, Katyń, późniejszy komunizm, wspieranie komunistów w Polsce, a potem, bezustanne awantury dyplomatyczne - brak zgody na Polskie członkostwo w NATO, teraz szantaże gazowe, groźby i pogróżki pod adresem Polski oraz oczywiście wizję naszego kraju w rosyjskiej prasie, którą czasem przeglądam, gdzie Polskę usiłuje się przedstawić jako głównego wroga.
Oczywiście moje "nie lubienie" Rosji nie znaczy, że gardzę Rosjanami, że nie napiję się z Rosjaninem, czy też nie pomogę rosyjskiemu turyście w potrzebie. To raczej pewien stan ducha, duża rezerwa wobec wszystkiego, co kojarzy się z rosyjską władzą, a zwłaszcza z prezydentem czy premierem, a już najbardziej z Armią Czerwoną. Mam zresztą wrażenie, że instytucje te kojarzą się źle wielu Polakom (kto sądzi inaczej, niechaj mnie poprawi). Jakoś zgoła nie spotkałem w życiu zbyt wielu miłośników Specnazu i krasnoarmieńców. Znacznie więcej tych, co mieli przykre wspomnienia związane z tymi organizacjami.
Rozumując zatem, iż nie lubię Rosji z przyczyn historycznych, zacząłem przypominać sobie czy jednak były jakieś dobre aspekty długotrwałego sąsiedztwa polsko-rosyjskiego? Coś, co Rosja dała Polsce i co tęże Polskę zmieniło? I tu struchlałem, bo nic nie przychodziło mi do głowy.
Nie sięgałem specjalnie do opracowań historycznych, bo chciałem po prostu uczciwie przypomnieć sobie czy były w historii Polski i Rosji jakieś dobre motywy, prądy, czy też wynalazki, które przyszły z Rosji i są znane mnie jako przeciętnemu Polakowi?
Cóż dała nam Rosja? Prawo? Nie bardzo, bo zdusiła konstytucję 3-go maja, a po niej ograniczała przywileje miast i szlachty. Owszem, w 1864 roku przeprowadziła uwłaszczenie chłopów, ale uczyniła to i tak później niż na ziemiach cersarstwa i w chwili, gdy była zagrożona powstaniem styczniowym. Czy było coś jeszcze?
Historycy rosyjscy wymieniają w takich chwilach jednym tchem liczne budowle wzniesione z budżetu centralnego w Królestwie Polskim, inwestycje,że tak powiem w infrastrukturę. Trudno się z nimi nie zgodzić - faktycznie mieliśmy np. w Warszawie Sokratesa Starynkiewicza, który wzniósł filtry i zbudował wodociągi miejskie, jakiech nie miał wówczas zdaje się - sam Petersburg.
Nie wiem jednak co sądzić o tezach, że Imperium Rosyjskie utrzymywało Królestwo Polskie z podatków Rosjan. Trudne to do ustalenia, jednak pamiętajmy, że np. w okresie istnienia autonomicznego Królestwa Polskiego (lata 1815-1831), jakoś to Królestwo funkcjonowało samodzielnie i nie tylko nie miało kryzysu gospodarczego, ale jeszcze potrafiło utrzymać całkiem sporą armię. Sytuacja ziem polskich pod zaborem rosyjskim nie była zatem aż tak tragiczna.
Co jednak jeszcze dali nam Rosjanie, za co możemy być wdzięczni? Odrzućmy oczywiście prymitywną propagandę, w rodzaju tej, którą usłyszałem przy wódce od pewnego Rosjanina. No i co wy Paljaki, zdurnieli? - zapytał mnie przy trzeciej flaszcze, pitej, a jakże, pod kawior i bliny. Po co wy do NATO poszli? Toż my was od Niemca wyzwolili, toż my całą Polskę wam odbudowaliśmy, a potem jeszcze utrzymywaliśmy, żebyście głodu nie mieli. A wy co? Zdradziliście nas!
W danym przypadku dyskusję wygrałem prostym stwierdzeniem, że skoro w Polsce bez pomocy ZSRR byłby głód, to dlaczego teraz (rozmowa toczyła się kilka lat temu) rząd rosyjski wprowadza embargo na żywność z tejże samej Polski? To jak to, Polska niby głodowała, a żywność eksportuje? Na takie dictum Moskal odpowiedział zamówieniem kolejnej flaszki. I do konsensusu nie doszliśmy (a może i tak, ale go nie pamiętam).
Tak więc starałem sobie przypomnieć coś, co Rosja dała Polsce; coś na miarę np. sprowadzenia Baroku z Włoch w XVII wieku. Czy też przeniknięcia Rokoka za czasów Augusta III Sasa za pośrednictwem Sasów.
Z przykrością stwierdzam, że nic takiego nie znalazłem. Nie można uznać za takie wydarzenie importu samowarów czy małżeństwa polskich arystokratek z Moskalami. Na pewno jednak Rosja gwarantowała nam dość uczciwe prawo gospodarcze (ale już nie polityczne i karne), umożliwiające przeprowadzenie uczciwego procesu w sporach handlowych. Taki np. Reymont wyprocesował od carskich kolei odszkodowanie za to, iż w czasie wypadku poniosła szwank jego pisarska praca. Ciekaw jestem, czy ja wygrałbym dzisiaj taki sam proces z PKP?
Niestety poza powyższymi wzmiankami nie przychodzi mi do głowy nic, co Rosja dała Polsce przez całe stulecia wzajemnego sąsiedztwa. Ale może się mylę i ktoś poprawi mnie w komentarzach? Zapraszam do dyskusji.
Tak czy owak zobaczyłem po tym wyraźnie, że niechęć, jaką wielu Polaków darzy Rosję ma podłoże historyczne i bierze się z faktu, iż w naszej wspólnej historii było niestety więcej złych, niż dobrych momentów.
I to powinno się zmienić. Problem ten jest jednym z tematów "Samozwańca", bo rzecz jasna traktuje on nie tylko o przyjacielskiej wymianie kul i ciosów szablą między Polakami i Moskalami.
Tyle na dziś. W następnym odcinku opowiem o pokoleniowym strachu przed Rosją u niektórych Polaków i jaki wpływ miał on na stosunki polsko-moskiewskie. Będzie kontrowejryjnie, bo powiem, co sądzę o Jaruzelskim, Giedroyciu, Sapkowskim, a pewnie jak znam życie zejdzie też na Miłosza i pokolenie 1920 roku.
Na razie zapraszam do dyskusji.

dodano: 2009-04-08 21:57:38
kategorie: O powiesci Samozwaniec
komentarze (23) >>
Awizy pewne o Samozwańcu

Tym razem chciałbym zdradzić kilka szczegółów na temat samego cyklu "Orły na Kremlu". Dowiedziałem się także wreszcie na jakim etapie jest tekst pierwszego tomu Samozwańca. Zsiadłwszy tedy świeżo z konia, przy zacnej sobocie przystępuję zatem do opisu co takiego kryje się pod tym tytułem.
A więc cykl "Orły na Kremlu" opowiadac będzie o wojnach polsko moskiewskich w latach 1604 - 1615. Mieści się w tym zarówno wyprawa pierwszego Dymitra Samozwańca, jak i jego mało chwalebny koniec, a także walki o władzę Maryny i II Dymitra, który pojawił się w 1607 roku podając się z kolei za cudownie ocalonego Dymitra I. Jak również wojna polsko-moskiewska, która rozpoczeła się we wrześniu 1609 roku, a zakończyła zwycięską bitwą pod Kłuszynem rok później i ponownym zdobyciem Moskwy (pierwszy raz weszły tam nasze wojska za Dymitra I).
Pierwsza część tej serii to właśnie Samozwaniec, który składać się będzie z 4 tomów. Początkowy ukaże się w połowie maja, choć być może premiera będzie trochę później, na Targach Książki, które zwykle mają miejsce koło 20 tegoż miesiąca.
Drugi tom ukaże się na pewno w tym roku na jesieni. Zapewne trzeci na wiosnę lub pod koniec marca Anno Domini 2010, a ostatni na Zielone Świątki lub na święto Matki Boskiej Zielnej, a najpóźniej na Podniesienie Krzyża Świętego tego samego roku.
Czyli w sierpniu, albo we wrześniu 2010.
Tom pierwszy, mniej więcej grubości "Diabła Łancuckiego" trafił już do składu. Są już gotowe mapa i ilustracje, niedługo zapewne na tej stronie pojawi się okładka, a pewnie w okolicach 15 kwietnia trafi do drukarni. Książka dostępna będzie w wersji z miękką i z twardą oprawą.
Tom drugi jest w trakcie pisania, które wszakże zawiesiłem na chwilę (na jakieś 2 tygodnie), aby odpocząć od tematyki XVII wieku. A co przez ten czas napisałem do nowej, na razie ściśle tajnej antologii Fabryki Słów, tym już niedługo podziele się na łamach niniejszego pamiętnika.
Zaś ci, z WM Państwa, którzy mają jakieś sugestie co do tego, co powinno się znaleźć w II tomie Samozwańca (opisującym już samą Moskwę), proszę o wpisywanie się do regestru komentarzy.

Na Moskwę!

Witam na stronie poświęconej cyklowi powieści historycznych "Orły na Kremlu". Pierwszy tom, noszący tytuł "Samozwaniec" ukaże się w maju tego roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.
Na początek winny jestem kilku wyjaśnień. Prezentowany wcześniej na stronie film, to krótka etiuda filmowa zrealizowana we współpracy z Towarzystwem Jazdy Dawnej i absolwentami Warszawskiej Szkoły Filmowej. Nie jest to zwiastun, ani zapowiedź filmu fabularnego na podstawie mej powieści, gdyż w naszym kraju nie ma możliwości, ani środków, aby stworzyć wielkie kino historyczne.
Bitwy husarii na lodowatych stepach Moskwy. Ogromne armie ścierające się w boju... To wszystko na razie Polacy mogą zobaczyć jedynie oczyma wyobraźni, czytając książki historyczne, do czego uniżenie nakłania autor niniejszego pamiętnika.
Dlatego "Samozwaniec", opowieść o wyprawie Polaków na Moskwę na początku XVII wieku powstał jako wyraz zniechęcenia autora współczesnym polskim kinem prezentującym dzieła martyrologiczne jak "Katyń" czy "Popiełuszko", przedstawiające Polskę jako kraj życiowych nieudaczników, bez przerwy gnębionych i najeżdżanych przez sąsiadów. Jednocześnie moim zamiarem stało się jak najwierniejsze przedstawienie prawdy historycznej; "Samozwaniec" nie jest bowiem pozycją pisanią za ani przeciwko Rosji i przedstawia brutalną historię wojen polsko-moskiewskich z XVII wieku tak jak wyglądały ona naprawdę.
Niniejszy pamiętnik, czyli po XX-wiecznemu - blog, stanowić ma swoiste forum wymiany myśli i poglądów. Zwykle Czytelnicy nawiązują kontakt z pisarzem jedynie w czasie czytania jego dzieła. Dołożę jednak wszelkich starań, aby w przypadku tej powieści było to możliwe także przed zakończeniem mej pracy. Zapraszam zatem do czytania komentowania i zadawania pytań.

 
 

Copyright 2009 Fabryka Słów